Yerba Mate – moje początki

Ostatnimi czasy coraz większą popularność w Polsce zyskuje sobie Yerba Mate. Jest to ostrokrzew paragwajski, który zalewa się wodą i w ten sposób pije uzyskany napar. Popularności temu napojowi sprzyja chociażby „promocja” Wojciecha Cejrowskiego, który przy każdej okazji paraduje ze swoim matero (naczyniem), popijając yerbę.

Mój pierwszy zestaw Yerba Mate
Mój pierwszy zestaw Yerba Mate

Zainteresowałem się tym tematem i postanowiłem sam spróbować. Wiele czytałem i oglądałem na temat yerby. Po jakimś czasie doszedłem do kilku wniosków. Picie Yerba Mate w Polsce to w głównej mierze hipsterstwo. Ludzie kupują, piją (albo próbują pić), bo robi się to zwyczajnie modne. Nikt się raczej nie chwali codziennym piciem herbaty, czy kawy, a yerbą już można „zabłysnąć”. Nie znam procentowych danych, ponieważ nigdy nie przeprowadzałem na ten temat badań, jednak w mojej opinii znaczna większość osób, które próbują yerby, kończy właśnie na spróbowaniu. Yerbę trzeba polubić, do yerby trzeba się przekonać.

Drążąc temat, zapytałem moją znajomą, która mieszka w Ekwadorze i sama jest Ekwadorką, czy w ogóle kiedyś słyszała o Yerba Mate. Dosyć szybko zdałem sobie sprawę, że to pytanie było trochę głupie i nieprzemyślane z mojej strony. W Ameryce Południowej picie yerby, to jak w Europie picie herbaty. Piją praktycznie wszyscy. Od razu zaczęła wypytywać mnie o moje ulubione gatunki yerby, ale ja nieobeznany w temacie mogłem powiedzieć tylko tyle, że próbowałem jakiejś tam aromatyzowanej, cytrynowej.

Jak wyglądały moje początki z Yerba Mate?

Jestem gadżeciażem. Picie yerby ze szklanki, nawet jeszcze przed spróbowaniem, mnie nie przekonywało. To nie ma być uzupełnianie płynów, pod to musi podchodzić jakiś rytuał, który będzie dopełnieniem samego picia, który będzie sprawiał przyjemność już podczas samego przyrządzania naparu. Uznałem, że naczynie z tykwy chilijskiej zadowoli mnie pod względem estetycznym, jak i praktycznym.

Wnętrze nowej tykwy. Trzeba z niej usunąć resztki gąbki.
Wnętrze nowej tykwy.
Trzeba z niej usunąć resztki gąbki.

Uważam, że podobnie jak przy jedzeniu, również przy piciu, posiłek, czy napój powinien nie tylko smakować, ale i wyglądać. Dopełnieniem prawilnie zalanej yerby w matero z tykwy, jest bombilla. Bombilla to (najczęściej) wykonana ze stali nierdzewnej słomka, zakończona od spodu koszykiem, czy też sitkiem, którego zadaniem jest zatrzymanie fusów, aby zwyczajnie nie dostawały się nam one do ust. Zawsze coś przez te drobne oczka bombilli przeleci, ale można w jakimś stopniu uznać to za pożądany element picia. Mi przynosi to na myśl kminek w chlebie – niby wstrętny i niesmaczny, ale bez niego jakoś brak tego uroku :).

Zamówiłem w internecie „zestaw startowy” yerbowego siorbacza. W skład tego zestawu wchodziło matero z chilijskiej tykwy, bombilla i sześć, 50-gramowych próbek różnych rodzajów yerb. Za całość dałem 45 złotych. W sumie nie był to chyba aż tak zły interes, zwłaszcza, że w ogłoszeniu było wyraźnie napisane – Matero + Bombilla + 3 paczuszki yerby. Trzy dodatkowe, to zawsze więcej doświadczenia dla początkującego, zwłaszcza, że każda paczka zawierała inny rodzaj ostrokrzewu. Dobry ruch, ponieważ nie trzeba kupować wielkich, półkilogramowych paczek tylko po to, by wypróbować jak konkretna mieszanka smakuje. Rodzajów yerb jest naprawdę wiele i jeśli nie posmakuje, to reszta z opakowania wyląduje prawdopodobnie w koszu. Można też odłożyć na półkę, bo kto wie, czy za pół roku nie przekonamy się do tej konkretnej mieszanki i będziemy ją pić ze smakiem.

Wracając wstecz, jeszcze przed zamówieniem omawianego zestawu, kupiłem sobie coś, co pozwoliłoby mi delikatnie wejść w świat Yerba Mate. Było to aromatyzowane mate – Mate Limone – kupione w jednej z herbaciarni. Bardzo przyjemne w zapachu i bardzo łagodne w smaku już podczas picia. Uważam, że był to idealny wybór dla początkującego. Przyjemna, yerbowa oranżada – tak mógłbym ten gatunek określić.

No później było już gorzej…

Otrzymałem paczkę z zestawem, który opisałem powyżej. Tykwę, przed regularnym piciem, należy poddać zabiegowi, który nazywa się z hiszpańskiego „curado”. Jest to utwardzenie, czy też hartowanie naczynia. Robi się to, ponieważ naczynie wykonane z takiej tykwy, to zwyczajna skorupa po owocu. Sam zabieg polega na wypełnieniu świeżego matero zużytymi, lub nowymi fusami yerby. Całość zalewamy wrzątkiem (chociaż niektórzy odradzają użycie wrzątku, gdyż może to spowodować popękanie tykwy). Czekamy od 12 do 24 godzin. W tym czasie naczynie przechodzi aromatem yerby i „gąbka” znajdująca się wewnątrz naczynia jest łatwa do usunięcia. Ważne, żeby tak zalanego matero nie zostawić na kilka dni, bo pokryte się białym kożuchem pleśni i będzie nadawać się do wyrzucenia.

Na pierwsze zalanie „prawdziwej” mate wybrałem Mate Green DESPALADA. Nie wiem jak ten gatunek działa na innych początkujących, ale osobiście, zdecydowanie odradzam. Pierwsze zalanie uwolniło aromat i było całkiem ciekawe w smaku.

Matero zalane Mate Green DESPALADA
Matero zalane Mate Green DESPALADA

Drugie, to była już siekiera, a trzecie przybiło mnie smakiem do ściany. Nie wywiesiłem jednak białej flagi i postanowiłem wyjść z tarczą ze swojego pierwszego spotkania z Yerba Mate. Systematycznie upijałem napar i dolewałem ciepłą wodę, ale koniec końców tę bitwę przerwałem. Nie powiem, że wyszedłem z niej przegrany, ponieważ kilka dolań przetrwałem. Uznałem jednak, że jak na pierwszy raz, zwyczajnie mi wystarczy. Fusy wsadziłem do nowej jeszcze wtedy tykwy i zrobiłem curado.  Jednak to, co zaczęło się dziać od tej pory, było dalekie od pożądanego przeze mnie efektu. Niemiły posmak ¿dymu? w ustach, lekkie bóle głowy i nudności. Może było to spowodowane faktem, że jakiś czas wcześniej wypiłem dosyć mocną kawę. Może było to spowodowaniem zaaplikowania zbyt dużej ilości jak na pierwszy raz? Efekt utrzymywał się przez około godzinę i muszę przyznać, że gatunek, którego wtedy użyłem, po dziś dzień omijam szerokim łukiem. Złe wspomnienia pozostały.

Spróbować może każdy, jednak regularnie pić już nie. Nie ma sensu na siłę pić czegoś, co zwyczajnie nie leży i nie smakuje. Warto też pamiętać, żeby nie poprzestać na spróbowaniu jednego gatunku Yerba Mate. Jak Wojciech Cejrowski powiedział, są odmiany „twarde jak pięść”, ale są też takie, które pije się jak lekką, zieloną herbatę. Co kto lubi. Można również wspomóc się i przełamać pierwsze lody z pomocą cukru. Profanacja? Nie uważam. Równie dobrze whisky z colą może być dla kogoś bluźnierstwem, a dla drugiego już smacznym połączeniem dwóch napojów. Warto dodać cukru, miodu, stewii, czy nawet słodziku, jeśli tylko sprawi to, że będzie smakować. W końcu o to chodzi, żeby smakowało, TOBIE smakowało, bo ty przecież pijesz, nie kto inny.

Mnie Yerba Mate w pierwszym dniu nie przekonała. Ale to zawsze pierwszy dzień…