Wyprawa do Doliny Pięciu Stawów Polskich z Palenicy Białczańskiej

Sobota 24 października była takim dniem, który bez skrępowania mogę nazwać idealnym do chodzenia po górach. Jednak wczesny poranek niczego takiego nie zapowiadał…

Godzina 4:50, dzwoni dzień wcześniej ustawiony budzik w telefonie. Ubranie, sprzęt i samochód przygotowałem już dzień wcześniej, więc wystarczyło wstać, ubrać się, zająć się poranną toaletą, wypić kawę na przebudzenie (której właściwie nigdy nie piję) i w drogę! Kierunek – Palenica Białczańska. Odległość to jakieś 140 kilometrów, więc około 2,5 godziny jazdy. Po drodze zatrzymałem się na stacji benzynowej, zatankowałem, ustawiłem nawigację i ruszyłem dalej. W trakcie jazdy cały czas chodziły mi po głowie myśli, co będzie, gdy dojadę, gdyż gęste chmury pokrywały niebo, nie przepuszczając światła gwiazd, ani Księżyca. Dopiero w Nowym Targu zaczęły się coraz lepiej kształtować Tatry na horyzoncie, ale co bardziej mnie cieszyło, chmury powoli przesuwały się w kierunku, z którego nadjeżdżałem, odsłaniając idealnie błękitne niebo, które stopniowo jaśniało dzięki promieniom wschodzącego słońca.

Tatry o wschodzie słońca
Tatry o wschodzie słońca

Kilka kilometrów przed docelowym parkingiem w Palenicy Białczańskiej zatrzymałem się na innym, przydrożnym, aby odpocząć chwilę od jazdy i nacieszyć się widokiem wschodzącego zza gór słońca. Dla osoby, która nie ma okazji podziwiać takich scen na co dzień, jest to naprawdę cieszący oko widok. Parę minut drogi dalej znajduje się granica Polsko-Słowacka. Z czystej ciekawości „innego” skręciłem i wjechałem do kraju naszych południowych sąsiadów. Kilka domków tuż przy granicy, jakieś sklepy, ale wszystko pozamykane, gdyż to była wczesna pora. Koniec więc zwiedzania i szybki powrót do kraju. Na parking w Palenicy Białczańskiej dojechałem około 7:45. Był praktycznie pusty. Pierwszy rząd parkujących samochodów był zapełniony może w 2/3 długości, więc ze znalezieniem wolnego miejsca nie było problemów. Trzeba jednak pamiętać, że parking kosztuje 20 złotych od samochodu za dzień postoju. Nie jest to właściwie dużo, biorąc pod uwagę fakt, że za dzień parkingu w Krakowie przychodzi zapłacić 50 złotych. Na drodze prowadzącej do wspomnianego parkingu widziałem samochody ustawione na poboczach. Chęć zaoszczędzenia pieniędzy bierze górę, gdy w grę wchodzi przecież taki majątek! Nie wiem, czy kierowcy tam parkujący są w jakikolwiek sposób karani, gdyż wydawało mi się, że widziałem na tym odcinku znaki wyraźnie informujące o zakazie parkowania. Ja postanowiłem nie bawić się w cebulę, zapłacić te dwie dychy i móc spokojnie zostawić samochód. Głupia sprawa, ale miałem dylemat, czy zabrać ze sobą kurtkę na szlak. Generalnie zawsze jest mi ciepło. Słońce powoli wschodziło wieszcząc ciepłe promienie, które będą się lały z nieba, ale w końcu to była kurtka letnia, dosyć cienka i lekka, więc zabrałem. Czy warto było? Przynajmniej do połowy wyprawy tak, bo później słońce pozwalało na marsz w swetrze, a nawet bez niego, jeśli komuś było ekstremalnie ciepło. Pozostało już tylko zapłacić 5 złotych na bramce na szlak i w drogę!

Na szlaku

Na szlak w kierunku Morskiego Oka z Palenicy Białczańskiej wszedłem o 7:55. Szlak ten jest oznaczony kolorem czerwonym. Jeszcze ostatnie poprawki kurtki i plecaka, szybkie zdjęcie telefonem i połączenie do domu, że przez najbliższe kilka godzin będę chodził w chmurach po górach i zasięgu tam raczej nie będzie. Kolejne 35 minut trasy to droga asfaltowa, delikatnie pnąca się w górę poprzez las, co jakiś czas pozwalająca nacieszyć się widokami gór w oddali, które można dostrzec przez luki w pasach drzew. Ten kawałek drogi to rozgrzewka. Szybki, pewny marsz i wszystkich zostawiałem w tyle. Ważne, żeby na takich odcinkach trzymać równe tempo, gdyż organizm wpada w rytm i łatwiej jest zapomnieć o zmęczeniu. Pierwszy ciekawy punkt to Wodogrzmoty Mickiewicza. Dla ogółu może ciekawy, gdyż dla mnie to zwykły potok robiący dużo hałasu, roztrzaskując się o wystające głazy. Zerknąłem, popatrzyłem przez kilka sekund i tutaj kończyła się moja przygoda z łatwą i przyjemną drogą asfaltową, a…

Zaczęły się schody

Dosłownie i w przenośni. Skręcając w prawo zaczyna się dosyć stromy, pokryty kamieniami szlak, który od razu daje do zrozumienia, że droga nad Morskie Oko to poobiedni spacerek po parku. Tutaj zaczyna się wysiłek i uważniejsze stąpanie po pokrytym wówczas śniegiem i lodem szlaku. Muszę również zaznaczyć, że pomimo był to dopiero późny październik, w Tatrach było już od 10 do 40 centymetrów śniegu.

Odcinek zielonego szlaku
Odcinek zielonego szlaku

Jego ilość się zmieniała w zależności od danego odcinka, ale uogólniając – śnieg był. Idąc cały czas w górę zagłębiałem się w las, który przytłaczał swoją ciszą i majestatem. Po chwili od zboczenia z czerwonego szlaku byłem już zupełnie sam. Nie było już pojedynczych osób, które mijałem na asfaltówce, nie było grupek robiących sobie selfie na tle gór. Byłem SAM. Świetne uczucie. Niemniej jednak w tym samym momencie zacząłem się zastanawiać, co zrobiłbym, gdybym za chwilę spotkał niedźwiedzia? Wiem, że w Tatrach żyje ich około 60. Nie znam dokładnych rejonów ich występowania. Być może chodzą sobie po całych tatrach i spotkanie ich jest czysto wynikiem przypadku i ?pecha?. Nie doszedłem do consensusu, co bym w takiej sytuacji zrobił, zwyczajnie szedłem dalej. Skręcając za Wodogrzmotami Mickiewicza w prawo, wkraczamy na szlak oznaczony kolorem zielonym. Prowadzi on wzdłuż Doliny Roztoki, co oferuje piękne widoki na góry po obu stronach szlaku. Muszę przyznać, że śnieg jest świetnym dopełnieniem gór, dodającym uroku i piękna. Idę dalej raz w górę, raz w dół, cały czas po kamieniach i szutrze pokrytym śniegiem i lodem. Trzeba było naprawdę uważać, gdyż lekko topniejący śnieg potrafił już kilkadziesiąt centymetrów dalej zamarznąć na powierzchni kamienia, tworząc niewidoczną pułapkę dla kruchych kości. Przezornie, wolałem chodzić po udeptanym śniegu, niż po „czystych” kamieniach. Kamienie są zdradliwe, śnieg natomiast wydaje się być bardziej pewny, chociaż w jakimś stopniu również bardziej utrudniający marsz. Doszedłem do bardzo ładnego punktu widokowego, który jednocześnie był punktem początkowym (bądź końcowym, zależy jak patrzeć) wyciągu linowego prowadzącego do schroniska nad Doliną Pięciu Stawów. Nie wiem, czy ludzi się tym wyciąga, ale widziałem towary, które wciągano właśnie tą drogę. Wody mineralne, ciastka, batony, piwa – wszystko co niezbędne turystom. W tym miejscu też zrobiłem chyba największy błąd podczas tej wyprawy. Zamiast ciągle podążać zielonym szlakiem, który prowadzi pod wodospad Siklawa, skręciłem w lewo, w…

Szlak czarny

A tutaj skończyła się sielanka i lekkie chodzenie po kamieniach. Zaczęła się wędrówka przez stromą, krętą, śliską i zdradliwą drogę w górę, prowadzącą do schroniska powyżej.

Śnieg wygląda pięknie, ale mocno utrudnia wędrówkę
Śnieg wygląda pięknie, ale mocno utrudnia
wędrówkę

To był chyba najcięższy odcinek całej wyprawy. O ile latem byłoby tam ciężko, ale całkiem znośnie, tak podczas gdy śnieg pokrywał szlak, zabawa była naprawdę męcząca i dosyć niebezpieczna. Oczywiście nie dałem za wygraną i równo piąłem się w górę. Muszę jednak przyznać, iż pomimo ogólnego chłodu, dosłownie kapał ze mnie pot, a ochłonąłem dopiero po wyjściu na prostą, tuż przed schroniskiem. Wtedy tak naprawdę zdałem sobie sprawę, że chodzenie po górach to nie spacer do Morskiego Oka. Zatrzymałem się na krótką chwilę, żeby złapać oddech i zrobić kilka zdjęć oszałamiającym widokom. Nie wiało, nie było chmur, nie było mgły, a słońce powoli wznosiło się ponad szczytami. Kapitalny widok, który wynagradza trud włożony w wyjście w górę.

Schronisko w Dolinie Pięciu Stawów

Solidna, duża chata położona tuż przy brzegu Przedniego Stawu. Kilkanaście osób odpoczywających na ławkach umieszczonych przed wejściem. Niektórzy jedli wcześniej zakupiony w schronisku gorący posiłek, inni zwyczajnie siedzieli ze zdjętymi butami i odpoczywali.

Widok z drogi na Świstową Kopę, na Dolinę Pięciu Stawów Polskich
Widok z drogi na Świstową Kopę,
na Dolinę Pięciu Stawów Polskich

Rozejrzałem się po okolicy i wszedłem do środka, by kupić coś jakiś napój. Ceny tam nie należą do najniższych, ale trzeba wziąć pod uwagę, że te wszystkie dostępne towary ktoś tam musi zanieść. Dlatego też 1,5 litrowa butelka mineralnej wody gazowanej kosztowała mnie 6 złotych. Jako zapas na dalszą drogę kupiłem sobie napój OSHEE. Trochę dla smaku, a trochę dla cukru, żeby dostarczyć sobie energii na dalszą trasę. Napój ten ma pojemność chyba 700 mililitrów, lecz nie daję głowy. Cena – 7 złotych. Dużo, czy mało, sprawa indywidualna. Nie wziąłem żadnych gorących dań, ani niczego innego do jedzenia. 3 kapanki i 2 batoniki zabrałem z domu, nie potrzebowałem więcej. W schronisku jest dostęp do Wi-Fi. Z ciekawości szybkości i stabilności działania spróbowałem się połączyć, ale wymagane było podanie hasła. Nie pytałem nawet o nie, nie potrzebowałem internetu. Usiadłem na ławce, prawie w całości wypiłem mineralkę. Końcówkę, której już dopić nie mogłem wylałem, a pustą butelkę wrzuciłem do kosza na plastik. Segregacja odpadów obowiązuje chyba we wszystkich schroniskach w Tatrach. I bardzo dobrze. Słodzony napój wsadziłem w boczną kieszeń bojówek i powoli ruszyłem wzdłuż brzegu stawu, zatrzymując się przy położonych przy brzegu, miejscami zanurzonych w wodzie kamieniach. Chwila na podziwianie widoków, zrobienie kilku zdjęć. Świetne miejsce, woda kryształ, cisza, spokój. Pora ruszyć dalej.

Niebieski szlak

Prowadził mnie od schroniska w Dolinie Pięciu Stawów w kierunku Morskiego Oka. Jest to spory odcinek szlaku, pnący się początkowo w górę, by w drugiej części ciągle opadać w dół, odsłaniając Morskie Oko i znajdujący się powyżej Czarny Staw.Schronisko w Dolinie Pięciu Stawów Polskich Trasa równie wyczerpująca, co opisywany wcześniej szlak czarny, jednak widoki rozpościerające się wokół nie pozwalają w żaden sposób narzekać na trud włożony w pokonanie tej trasy. Tutaj też było najwięcej śniegu. Szlak na szczęście był już trochę przetarty, więc wprawdzie szło się po śniegu, ale nie musiałem się przez niego przebijać, grzęznąć w nim po kolana. Było umiarkowanie niebezpiecznie. Przez część tego odcinka, lewy bok szlaku gwałtownie, stromo opada w dół. Obrazując to, gdyby zrobić szeroki krok w lewą stronę od wydeptanej ścieżki, można by łatwo stoczyć się kilkaset metrów w dół. Mało przyjemna perspektywa. Zwieńczeniem tej ciągłej wyprawy w górę od schroniska jest

Świstowa kopa

Niewielki kawałek w miarę płaskiej polanki, z które widoki są nieziemskie. To było najlepsze miejsce do podziwiania widoków. Na prawo skryte za górą Morskie Oko, na lewo Stawy w Dolinie a pomiędzy szczyty Tatr Wysokich.

Widok ze Świstowej Kopy
Widok ze Świstowej Kopy

Nie ma sensu tego widoku opisywać, to po prostu trzeba zobaczyć. Miałem to szczęście, że trafiła mi się idealna pogoda. Nie mógłbym sobie wymarzyć lepszej. Widoków nie przesłaniała żadna mgiełka, żadne chmury. Oczu nie przymykał wiatr a ciała nie wprawiał w dreszcze żaden chłód. Z takich miejsc nie chce się odchodzić, jednak czas gonił, dzień mijał, a droga powrotna długa. Pożegnałem się ze Świstową Kopą, jednak obiecałem, że wrócę. Przybiłem jej piątkę w pokrywający ją mocno zmrożony śnieg i ruszyłem w stronę Morskiego Oka. Praktycznie ciągle idzie się tutaj w dół. Raz bardziej stromo, raz mniej. Chociaż niewielu, to jednak po drodze minąłem kilku amatorów wędrówek po górach. Każdy zziajany niczym pies po festiwalu rzucania patyka po łące, ale również każdy uśmiechnięty. Byli oczywiście Polacy, ale po mowie i tablicach rejestracyjnych samochodów pozostawionych na parkingu mogłem wywnioskować, że w góry wybrali się też m.in. Węgrzy i przynajmniej

Jeden Słowak

Ciekawe spotkanie, gdzie przyczyniłem się do ura(t)dowania jednego turysty. Schodząc w dół zatrzymał mnie facet, który ledwo miał siłę wypowiedzieć coś w stylu „łoder”. W pierwszej chwili pomyślałem, że to Polak, któremu zwyczajnie zaschło w gardle i zniekształcił słowo „woda”. Pytam więc, „woda?”. „No, noł, łoder”. Została mi połowa butelki słodkiego napoju. Wciągnąłem butelkę z kieszeni i wręczyłem mu. Od razu pojawił się uśmiech na jego twarzy i pojękiwania oznajmiające, że właśnie o to mu chodziło. Przełączyłem się wtedy na język angielski, bo jeśli on próbował po angielsku, to pewnie też w tym języku zrozumie mnie. „You can have as much as you want”, powiedziałem, podczas gdy powoli moczył gardło niebieskim piciem. Popatrzył na mnie, zmrużył brwi. „Hee?”. Powtórzyłem, ale dalej nie wiedział o co chodzi. Miałem jeszcze zapytać skąd jest i życzyć mu powodzenia w dalszej drodze, ale sobie darowałem. Nie rozumiał niczego po angielsku, a też po minie wywnioskowałem, że nie ma najmniejszej ochoty na rozmowę, a zależy mu jedynie na dojściu do schroniska, z którego ja wracałem i dorwaniu się do wodopoju. Obstawiam, że wcześniej zahaczył o Przedni Staw i tam wciągnął kilka łyków lodowatej wody. W gruncie rzeczy nie mam żadnych powodów, by twierdzić, że był Słowakiem, ale czy ma to jakiekolwiek znaczenie?

Powrót do rzeczywistości

Dalsza droga ze Świstowej Kopy przebiegała bez większych przygód. Było stromo, było ślisko, południowe słońce topiło śnieg, spuszczając kropelki wody wprost na głowę z zielonych igieł drzew rosnących przy szlaku. Końcówka to świetny widok z góry na Morskie Oko i Czarny Staw.

Droga, jaką przebyłem tego dnia
Droga, jaką przebyłem tego dnia

Myślę, że widok ten lepszy byłby o poranku, lub wieczorem, gdyż w samo południe słońce znajduje się idealnie za Morskiem Okiem, co utrudnia obserwację. Gra świateł nie zawsze jest po naszej myśli. Przychodzi wreszcie moment, gdzie ciszy, spokojny, pusty szlak dochodzi do tej asfaltówki… . A tam rzeka wycieczek, płaczących dzieci, robiących na każdym kroku zdjęć ludzi. Tutaj magia gór już nie działa. Chęć cieszenia się spokojem i majestatem gór zamienia się w przemożną chęć dotarcia w końcu do parkingu, aby wsiąść do samochodu, przebrać się, chwilę odpocząć i móc wyruszyć w drogę do domu, by po drodze wspominać niezapomniane chwile i góry, które powoli zanikają w bocznym lusterku…