3

Skończyłem linię niemieckich dział samobieżnych

Niedawno opisywałem, jak to skończyłem zabawę z japońskimi czołgami. W niecałe 3 miesiące udało mi się odblokować poziom 10 z tej gałęzi, który wynagrodził mi przeprawę przez tę linię. Tym razem postanowiłem pójść za ciosem i dokończyć przygodę z G.W Tigerem, który w moim garażu kisił się już chyba ponad rok. Brakowało mi „zaledwie” 70 tysięcy doświadczenia do zbadania G.W. E-100, a zatem nie pozostało mi nic innego, jak zagryźć zęby i pójść na całość.

shot_002Moja przygoda z linią niemieckich dział samobieżnych zaczęła się właściwie na samym początku mojej gry. Blisko 3 lata temu zacząłem bawić się artyleriami i między innymi mój wybór padł na te niemieckie. Właściwie nie kierowałem się wtedy niczym konkretnym i mój wybór można przypisać czystemu przypadkowi. Należy w tym miejscu dodać, że artyleriami tymi grałem jeszcze na starych zasadach (czyt. przed wielkim nerfem). Pamiętam, że najbardziej męczyłem się z Grille. Ten mały pojeździk cechował się teoretycznie całkiem dobrym działem, jednak kąt jego odchylenia w poziomie wołał o pomstę do nieba. Ta artyleria strzelała właściwie tylko na wprost i o ile pojazd stał w miejscu, było ok, jednak na niskich poziomach gracze zachowują się jak wściekłe osy latające wokół ula, no i weź tu traf takiego. Nie grało mi się nim przyjemnie, lecz z bólami doszedłem do Hummela. Tutaj dopiero zaczęła się dla mnie zabawa. Pamiętam jednak, że bolączką była niewystarczająca liczba dostępnych pocisków w bitwie. Kilkukrotnie zdarzyło mi się, że zwyczajnie zabrakło mi amunicji. Co w takim wypadku może zrobić arty? Jechać cichaczem do bazy przeciwnika, lub starać się robić na zwiadowcę – Hummel jest całkiem szybki, więc czemu by tego nie spróbować.

GW Panther to jeszcze lepsza zabawka od Hummela. Bardzo duże kąty działa, dobra celność, szybka, zwrotna. Wielki plus i zarazem wielka obawa przed nadchodzącym GW. Tigerem P. Dlaczego przesiadka z pierwszego na ten drugi jest taka znacząca? Po pierwsze uderzają znacznie zmniejszone kąty odchylenia działa w poziomie. Strzela się tu właściwie tylko na wprost, przy niewielkich odchyłach. Miałem wielkie obawy jak ja sobie z tym poradzę, jednak wbrew pozorom szybkość celowania nie była taka zła i GW Tigerem grało mi się nawet przyjemniej od Panthery.

Ukoronowaniem potyczek z tymi wszystkimi artyleriami jest GW E-100 – dla mnie ciągle niewiadoma. Niewiele bitew na nim rozegrałem ze względu na spore koszty utrzymania. Działo jest bardzo podobne do tego w G.W. Tigerze P. Poprawione zostały nieznacznie celność i czas ładowania. Wielkim plusem tego działa samobieżnego może okazać się pancerz, który na kadłubie potrafi odbić czasem śmieszne pociski. Wydaje się to nieznaczące, jednak zwiadowca może mieć problem z przebiciem tej arty od przodu, strzelając w kadłub. Tak tak, od razu pomyślisz, że przecież wszyscy walą w nadbudówkę, lub zwyczajnie objeżdżają i walą z boku, lub tyłu, jednak strzały od przodu również się zdarzają i akurat trafi się, że przeciwnik nie trafi, a my zyskamy czas do ucieczki, czy kontrataku, choć na tę ucieczkę bym zbytnio nie liczył. Nie ma co ukrywać – G.W. E-100 demonem szybkości i zwrotności nie jest.

Artylerii niemieckich, czy jakichkolwiek innych nie polecę nikomu. Być artylerzystą trzeba zwyczajnie lubić i nie zmienią tego namowy kolegi, czy obejrzenie popisowej bitwy jakiegoś YouTubera. Bolączką jest fakt, że deweloperzy wspomnieli niedawno o ogólnym nerfie SPG, co w efekcie przyczyni się pewnie do jeszcze mniejszej liczy tych pojazdów w bitwach. Czy dobrze? Dla graczy „w polu” pewnie tak, jednak dla tych siedzących na tyle mapy, schowanych w krzakach – już nie.

4

Skończyłem linię japońskich czołgów średnich

No i stało się. Po 89 dniach od wprowadzenia czołgów japońskich do gry, udało mi się ukończyć w pełni linię czołgów średnich tej nacji. 22 marca 2014 roku po prawie trzech miesiącach zbadałem, kupiłem i w pełni wyposażyłem STB-1 – czołg wieńczący tę wojnę, jaką trzeba było stoczyć, by do niego dojść. Czy było trudno?

Gdy wprowadzono czołgi japońskie do World of Tanks, powiedziałem sobie, „Kurde, fajnie by było zrobić tego STB-1″. Powodów ku temu było kilka. Przede wszystkim fajnie by było w końcu w pełni zbadać wszystkie pojazdy z jakiejś nacji. Drzewka Niemiec, ZSRR, czy Amerykanów są bardzo szeroko rozwinięte i choć mam zbadanych tam sporo pojazdów, jeszcze daleko mi do zbadania ich wszystkich. A tutaj pojawia się opcja zbadania jedynie 13 pojazdów i już misja wykonana. Wprawdzie nie ma żadnych nagród za tego typu osiągnięcia (choć w mojej opinii powinny być – choćby symboliczne), to fajnie posiadać taką odznakę w swoim profilu, wiedząc, że zdobyło się ją własnymi wysiłkami, nie wolnym doświadczeniem i złotem. Na zbadanie STB-1 zużyłem 14 tysięcy wolnego doświadczenia, którego specjalnie nie zbierałem – ot tak samo wpadało do skarbonki. Nigdy specjalnie go nie zbierałem, więc wydania tego doświadczenia, zwyczajnie nie było mi szkoda.

Jak zatem grało się pojazdami z linii japońskiej?

Ogólnie mówiąc jest to ciężka sprawa. Ludzie pytani przeze mnie, jak idzie im japońcami odpowiadają z reguły śmiechem, bo albo ledwo co zaczęli tę linię i sobie ją odpuścili, albo nawet jej nie zaczynali.

Typowe opinie na temat czołgów japońskich

Typowe opinie na temat czołgów japońskich

Czołgi japońskie robią raczej za łatwą zdobycz. Brak pancerza sprawia, że przeciwnik mając do wyboru czołg niemiecki, czy radziecki stojący obok japończyka, wybierze właśnie niego i to jego zacznie atakować. Z tym pancerzem to naprawdę jest lipa, bo ani na wieży go nie ma, ani na kadłubie. Sprawa nieco lepiej zaczyna wyglądać przy poziomie ósmym – STA-1. On, podobnie właściwie jak Type 61, posiada całkiem duże i całkiem fajne jarzmo działa, które potrafi połknąć pocisk w niego skierowany. No ale, bez ale by tutaj się nie obeszło… Oczywiście pancerza na kadłubie zarówno jeden jak i drugi nie posiadają. Wieża – jak wspomniałem – posiada fajne jarzmo, ale do cholery czy te wystające na kilometr włazy muszą być aż tak widoczne? Myślisz sobie: „Kurde, mam zajebiste opuszczenie działa, wychylę się lekko zza tego wzniesienia i rozwalę pół składu”. Zaczynasz się wychylać, jeszcze dobrze nie widzisz przeciwnika, a tu już plomba we właz. Tak to wygląda.

STB-1 to już nieco inna bajka. Smukły profil pojazdu, bardzo fajnie zaokrąglona wieża, dają tutaj spore pole do popisu. Przy tej dziesiątce już możemy wystawić wieżę zza wzniesienia, bo chociaż mocarna to ona nie jest, lecz potrafi odbić pociski nawet od dziesiątek. Główną zaletą STB-1 są również szybkość i mobilność. Tym czołgiem naprawdę przyjemnie się gra, choć trzeba się do niego przyzwyczaić, i przede wszystkim bardzo uważać na artylerię.

Ukończone drzewko pojazdów japońskich

Ukończone drzewko pojazdów japońskich

W ciągu moich pierwszych pięciu bitew nim rozegranych, aż 2 razy artyleria jednym strzałem zdjęła mi niemal wszystkie punkty życiowe. Więc albo czaimy się za osłoną, albo zwyczajnie nie stoimy w miejscu, bo stojący STB-1, to martwy STB-1.

Zabawa japońskimi czołgami zaczyna właściwie dopiero na poziomie 6 a konkretnie na 7. Chi-To jest czołgiem fajnym, jednak kurde nie mającym pancerza i niestety o dużych gabarytach. Jedynym plusem tutaj jest działo. Kolejny Chi-Ri już zmienia podejście do japończyków. Można tutaj zamontować działo z autoloaderem i wtedy co 10 sekund ładujemy 3 pociski w odstępie jednej sekundy. Przy tym to działo jest naprawdę celne! Nie będę się tutaj jednak rozpisywał o Chi-Ri, gdyż zrobiłem osobny poradnik opisujący ten pojazd.

Dalej już z górki. STA-1 całkiem przyjemny; Type 61 chociaż z tą dupiatą wieżą, to jednak z bardzo dobrym działem (choć mogłoby być odrobinę celniejsze). STB-1 właściwie dopiero kupiłem i zacząłem go rozgryzać, więc nie będę tutaj pisał o nim poematów, a zwyczajnie zrobię o nim poradnik za jakiś czas.

5

A4 Tech X7-200MP – Podkładka pod mysz

A4 Tech X7-200MP

A4 Tech X7-200MP

Nigdy nie miałem „prawdziwej” podkładki pod mysz. Zawsze tę rolę pełniła politura biurka, darmówka rozdawana do jakiegoś produktu, czy najprostsza za 2 złote, która miała tylko fajny obrazek z wierzchu, nic więcej. Sytuacja ta zmieniła się po awarii mojego ostatniego gryzonia, gdzie postanowiłem postawić na sprawdzony już wcześniej przeze mnie produkt firmy A4 Tech. Padło na A4Tech Laser Oscar XGame X747 Blue Fire (recenzję tej myszki dodam na dniach). Za jedyne 7,80 zł była możliwość dokupienia podkładki A4 Tech X7-200MP. Niecałe 8 zł to nie pieniądz za taką rzecz, więc machnąłem ręką i dokupiłem, chociaż i tak wiedziałem, że pewnie „pojeżdżę” na niej dwa dni i wyląduje w szafce na stare, nieużywane graty. Jak bardzo się myliłem…

Dane techniczne

  • Wymiary: 250 x 210 mm
  • Kolor: czarny
  • Kauczukowy spód
  • Materiał: miękka tkanina

Pierwszą rzeczą, która mnie uderzyła, była elastyczność materiału. Stare podkładki, jakie miałem były twarde, nieelastyczne, gdzie po jakimś czasie ich rogi wyginały się ku górze, co nie dość, że nieciekawie wyglądało, to jeszcze przeszkadzało, bo to dłonią się zahaczyło, to kablem.

A4TECH X7-200MP

A4TECH X7-200MP – opakowanie

W tym produkcie ten problem nie występuje, bo podkładka wygina się jak pizza na megacienkim cieście. Z początku myślałem, że to wada, jednak jest to wielka zaleta, gdyż niweluje problemy opisane powyżej, a dodatkowo bardzo dobrze dopasowuje się do nierówności biurka. Można to zauważyć na wytartych blatach przy pracy bez podkładki. Na takiej powierzchni, wychodzą czasem dziwne, niekontrolowane ruchy.

Spód podkładki wykonany jest z kauczuku, który zapewnia bardzo dobry kontakt z podłożem, przez co podkładka się nie ślizga po powierzchni. Oczywiście tak jak i jej wierzch, obie powierzchnie są odporne na zalanie. Wystarczy przetrzeć suchą szmatką i jakby nigdy nic się nie stało. Górna część podkładki wykonana jest z miękkiej tkaniny. Ciężko mi tu ustalić, czym dokładnie ona jest, jednak z pewnością mogę stwierdzić, że jest bardzo przyjemna w dotyku, nie klei się do dłoni, ani do myszki, a to chyba jest najważniejsze. Cała podkładka jest koloru czarnego, na której widnieją dwa białe napisy umiejscowione na jej rogach. Osobiście jednolity kolor jest dla mnie najlepszym rozwiązaniem. Jakieś motywy z Diablo III, czy kolorowe pieski znacznie lepiej nadają się na tapetę pulpitu, niż na coś, co i tak przykryte jest przez dłoń.

Powiększony fragment wierzchniej strony podkładki

Powiększony fragment wierzchniej strony podkładki

Nóżki myszki bardzo płynnie się po niej przesuwają, nie ma uczucia odklejania się gryzonia po chwili bezczynności. Z pewnością wpływa to na dokładność poruszania się kursora, kierowanego naszą dłonią a także zmniejsza zmęczenie ręki, która odczuwa mniejszy opór, spowodowany mniejszym tarciem.

Widziałem, że niektóre podkładki posiadają pewną podpórkę pod nadgarstek. Ta tego nie posiada i według mnie dobrze. Podkładki z taką górką są droższe a według mnie bardziej przeszkadzają, niż pomagają. Kiedyś miałem okazję, bo na pewno nie przyjemność użytkować przez jakiś czas taką podkładkę. Gniotła, denerwowała i wcale nie pomagała, sądzę więc, że warto sobie taki bajer odpuścić, wyjdzie taniej i pewnie lepiej, choć zaznaczam, że jest to tylko moja opinia.

To będzie na tyle, bo ile można się rozwodzić nad podkładką pod mysz. A4 Tech X7-200MP używam dopiero od tygodnia, więc ciężko mi określić wytrzymałość tej podkładki, jednak sądzę, jak na osiem złotych, produkt jest bardzo dobrze wykonany i wystarczy każdemu graczowi, jak i zwykłemu użytkownikowi na długie miesiące a może nawet lata. Ogólnie jestem z niej bardzo zadowolony i jest to kolejny mój zakup, który potwierdza wysoką jakość produktów A4 Techu.

1

Uncharted 2: Among Thieves – krótka recenzja i moja opinia

PlayStation 3 kupiłem praktycznie z jednego powodu, którym było Grand Theft Auto V. Dla mnie, dla wielkiego fana całej serii GTA było to wydarzenie roku w świecie gier wideo. Mankamentem tutaj był brak wersji na komputery stacjonarne, co co spowodowało, że zakupiłem konsolę. Nie samym jednak GTA się żyje i tuż po przejściu gry postanowiłem postawić na jakiś legendarny tytuł, który w pełni spełniłby moje oczekiwania. Wybór padł na Uncharted 2 – grę z kolekcji klasyki PS3, więc ten tytuł zwyczajnie musiał się sprawdzić. Tak w skrócie wyglądała droga do jednej z najlepszych przygodówek, w jakie kiedykolwiek grałem nie tylko na konsoli, ale również na PC.

Gra ta jest przygodówką w pełnym tego słowa znaczeniu. Już na samym początku gry zwisamy ze zwisającego w przepaść wagonu kolejowego. Etap ten jest jakoby wprowadzeniem do gry, tudzież samouczkiem, a jednocześnie jednym z etapów gry, który pojawi się w dalszej części rozgrywki. Śnieg, dyndający nad urwiskiem wagon i zraniony główny bohater odchodzą na bok a akcja cofa się kilka miesięcy wstecz, gdzie historia wzięła swój początek.

Zaznaczam, że nie będę kładł nacisku na fabułę gry, gdyż jest to osobna kwestia. Ja skupię się na wrażeniach z gry.

Nathan Drake – nasz główny bohater, jest postacią z wirtualnej krwi i wirtualnych kości. Nie ma w jego ruchach dziwnych ruchów czy sztucznej naturalności. Producenci bardzo dobrze odwzorowali zarówno ruchy podczas strzelania z broni, jak i przy walce wręcz.

Uncharted 2

Z typową walką wręcz spotykamy się jednak bardzo rzadko, jako, że gra w znacznej mierze opiera się na broni palnej. Sporadycznie spotkamy np. kuszę, wyrzutnię rakiet, która posłuży nam do zniszczenia czołgu w górskiej wiosce(!), czy ręczne karabiny systemu Gatlinga. Podróżnik wspina się, skacze, biega a nawet pływa i wszystko przy tym wygląda bardzo realistycznie. Szybkie przeskoki pomiędzy przeszkodami, zwisanie z krawędzi i oddawanie przy tym strzałów. Widać, że twórcy postarali się przy tej produkcji. Oczywiście na mega-super efekty nie ma co liczyć, gdyż PlayStation 3 swoje 10 lat już ma, jednak twórcy Uncharted 2 wykorzystali całą moc konsoli i zdecydowanie przekłada się to na jakość obrazu i fizyki rozgrywki.

Tym, co chyba najbardziej mnie uderzyło, była jakość grafiki i różnorodność poziomów, na których rozgrywały się poszczególne misje. Poprzez wnętrza budynków, oblodzone jaskinie, mroczne podziemia, na tropikalnej dżungli kończąc. Właśnie dlatego uważam, że Uncharted 2 jest jedną z lepszych, o ile nie najlepszą przygodówką.

Gra taka nie może się jednak obejść bez różnego rodzaju zagadek do rozwiązania! Niestety nie ma ich zbyt wielu i chyba nad tym najbardziej ubolewam. Wprawdzie nie jest to Silent Hill, gdzie wszystkie przedmioty trzeba gdzieś dopasować, lecz w kilku momentach musimy ruszyć głową, by np. ustawić posąg we właściwej pozycji, do której porady znajdziemy w swoim dzienniku, czy ustawienie kilku luster w odpowiedniej pozycji, co spowoduje odblokowanie dalszej drogi..Uncharted 2 tank Bardzo pozytywny element gry, który pozwala nam odetchnąć od ciągłej walki z przeciwnikami, bo tej jest mnóstwo. Sytuację Drake’a mógłbym porównać do sytuacji kaczki na strzelnicy. Praktycznie non stop jesteśmy narażeni na ogień przeciwników. Jest ich dużo, są uzbrojeni po zęby, na szczęście nie są zbyt inteligentni, co daje nam nad nimi pewną przewagę.A do dyspozycji mamy dosyć ciekawy zestaw broni. Osobiście jednak zawsze praktycznie używałem AK-47 i zwykłego pistoletu, gdyż karabin dawał szybkostrzelność, natomiast pistolet celność, z pomocą której łatwiej było trafić w głowę przeciwnika. Czasem zdarzyło mi się użyć shotguna, jednak ze względu na niewielką ilość pocisków i słaby zasięg, nie korzystałem z niego zbyt często. Byli również snajperzy, jednak jak inni przeciwnicy – inteligencją nie grzeszyli. I choć niektóre bronie mogą wydawać się mało przydatne, to warto skorzystać z każdej, aby odblokować przypisane do niej trofea. Trofeów w Uncharted 2 jest dosyć sporo, bo aż 46 grając w trybie dla jednego gracza i dodatkowe 2 w trybie multiplayer. Druga część tej serii była pierwszą (z trzech, które dotychczas zostały wydane na PlayStation 3), w którą grałem, więc brak zaznajomienia z tytułem spowodował, że tylko zdobyłem tylko 24% wszystkich dostępnych osiągnięć. Czy to mało? Tak, zważywszy na fakt, że pominąłem niemal wszystkie artefakty (uzbierałem ich raptem 12), oraz korzystałem praktycznie tylko z dwóch broni. Do tego doszedł brak walki wręcz, więc tych braków jest sporo. Zdecydowanie jednak tej wynik poprawię, gdyż już wkrótce zamierzam ponownie zmierzyć się z tą grą, dodatkowo próbując swoich sił w trybie wieloosobowym, jednak sądzę, że z tym może być problem, jako iż do tej pory nie udało mi się połączyć z żadnym graczem.

Denerwującą rzeczą są skrypty, czyli musimy zrobić coś, aby coś się stało. Posługując się przykładem, w jednej z misji trzeba zwyczajnie ruszyć się kawałek do przodu, aby odblokował się kolejny etap, w przeciwnym razie będziemy zabijać ciągle i ciągle wyłaniających się przeciwników bez końca! Jest to o tyle denerwujące, że nasz wpływ na rozgrywkę w tym momencie jest znikomy, a gracz niedoświadczony zwyczajnie może nie wiedzieć co dalej zrobić i utkwi w takim momencie na długie godziny.

Fabuła gry to bardzo przyjemne opowiadanie o poszukiwaniu drzewa życia, przedmiotu, który daje niesłychaną moc osobie, która wypije jego soki. Nie brakuje tutaj czarnych charakterów jak i ciekawych zwrotów akcji. Jak to chyba we wszystkich tego typu produkcjach, wszystko kończy się happy endem, choć sama końcówka gry na to nie wskazuje.

Grę tę mogę z czystym sumieniem polecić każdemu. Nie tylko fanowi przygodówek, lecz strzelanek, łamigłówek a nawet horrorów, gdyż w pewnym momencie w rozgrywce pojawiają się śnieżne bestie, coś na wzór Yeti… . Jeśli masz na zbyciu kilka dych, poszukaj na portalach aukcyjnych i nie wahaj się zakupić, gdyż czeka cię lekką ręką 15 godzin świetnej zabawy.

3

Wioska Śmierci – Zagadka Anjikuni

Legendy o zagadkowych, masowych zaginięciach ludzi, znajdziemy w każdym rejonie świata. Bez wątpliwości, najbardziej znanym przypadkiem w historii Ameryki Północnej jest nieznany los mieszkańców kolonii Roanoke, którzy po raz ostatni byli widziani żywi w 1587 roku. Jednak jeszcze bardziej niewytłumaczalny przypadek dotyczy miejsca pobytu blisko trzydziestu mężczyzn, kobiet i dzieci, którzy rzekomo zniknęli bez śladu z eskimoskiej wioski rybackiej. Miało to miejsce w połowie XX wieku.

Wypełnione łososiami i szczupakami ujście rzeki znane jako jezioro Anjikuni (pisane również Angikuni), jest położone wzdłuż rzeki Kazan, w rejonie Nunavut – Kivalliq, w Kanadzie. Odludzie to wypełnione jest różnego typu dziwnymi opowieściami o duchach lasu – bestiach zwanych Wendigo. Nie ma jednak bardziej intrygującej historii, niż przerażająca i kontrowersyjna zagadka zniknięcia mieszkańców wioski, którzy żyli na tym skalistym wybrzeżu lodowatych wód Anjikuni.

Nasza opowieść zaczyna się jednego z arktycznych wieczorów, w listopadzie 1930 roku. Kanadyjski łowca, Joe Labelle szukał schronienia przed przejmującym zimnem, w nadziei znalezienia ciepłego miejsca, w którym mógłby spędzić noc. Zaszedł do eskimoskiej wioski położonej nad jeziorem Anjikuni. Już wcześniej odwiedzał tę miejscowość i wiedział, że jest to tętniące życiem miejsce zapełnione namiotami, chatkami z drewna i przyjaznymi mieszkańcami. Jednak gdy zawołał na głos by powitać tutejszych, jedynym dźwiękiem zwrotnym było echo jego własnego głosu i odgłos trzaskania zmrożonego śniegu pod jego butami.village Labelle zesztywniał. Posiadał instynkt, dzięki któremu wyczuł, że stało się w tym miejscu coś poważnego. W blasku Księżyca ujrzał sylwetki zdezelowanych struktur, jednak nie widział krzątających się ludzi, ani szczekających śnieżnych psów, ani jakichkolwiek śladów życia. Nawet w chatkach, oczekiwane odgłosy rozmów i głośnych śmiechów, zamienione zostały na śmiertelną ciszę. Labelle dostrzegł również, że z żadnego z kominów na szczycie chatek nie wydobywa się dym. Zorientował się o tym, gdy zobaczył w oddali trzaskający ogień. Starając się za wszelką cenę zachować spokój, przyspieszył kroku i ruszył w kierunku jarzącego się, lecz przygasającego już w oddali płomienia, w nadziei znalezienia jakiegoś śladu człowieka. Na miejscu nie został powitany przez znajomą mu twarz, lecz zwęglony gulasz, który ktoś zostawił wiszący w kociołku nad żarem.

Zaprawionego trapera, któremu z pewnością niejeden raz w swoim życiu zdarzyło się przeczesywać mroczne i niedostępne dla ludzi obszary lasów, zapewne nie było łatwo nastraszyć. Trudno jednak sobie wyobrazić, że nie był on zlany potem, przechodząc pośród opuszczonych, wyrzuconych na brzeg kajaków, w kierunku serca opuszczonej wioski, zastanawiając się, co stało się z jej mieszkańcami. Odruchowo odsunął na bok płaty skór reniferów i sprawdził wszystkie szałasy w nadziei znalezienia jakichś znaków masowej zagłady. Ku jemu zmartwieniu odkrył, że wszystkie chatki wypełnione były różnego rodzaju pożywieniem i bronią, które z pewnością nie zostałyby porzucone przez ich właścicieli. W jednym z pomieszczeń znalazł gulasz z renifera, który zdążył pokryć się już pleśnią. Była tam również niedokończona kurtka dla dziecka z foczej skóry, z ciągle wbitą w nią kościaną igłą, zupełnie jakby ktoś nagle przerwał nad nią pracę. Sprawdził nawet magazyn na ryby i zobaczył, że zapasy nie zostały wyczerpane. Nigdzie nie było żadnych śladów walki czy przemocy. Labelle wiedział dobrze, że opuszczenie idealnego siedliska bez strzelb, pożywienia i odzieży byłoby – lekko mówiąc – nierozsądne, bez względu na okoliczności, które mogły zmusić społeczność do migracji. cabin in the woodsZbadał również granice wioski, z nadzieją znalezienia śladów, które wskazałyby kierunek marszu osadników. Nawet mimo faktu, że odejście mieszkańców nastąpiło relatywnie niedawno i na tyle pośpiesznie, że zostawili oni pożywienie wciąż gotujące się na ogniu, traper nie mógł znaleźć żadnych śladów opuszczenia obozu, bez względu na to, jak starannie szukał poszlak. Mimo przemarznięcia i zmęczenia, Labelle był zbyt przerażony, aby pozostać i odpocząć w tym enigmatycznym miejscu. Oznaczało to, że musi zrezygnować z komfortu, jakim było jedzenie i ciepłe schronienie, lecz uznał, iż pozostanie w tym miejscu jest zbyt niebezpieczne i wyruszył przez mroźny teren, do oddalonego o wiele mil biura telegraficznego, ażeby ta sama, nieznana siła nie postanowiła zająć się i nim.

Policja konna w akcji

Wyczerpany i przemarznięty do szpiku kości Labelle w końcu dotarł do biura telegraficznego i w przeciągu kilku minut nadał wiadomość alarmującą do najbliższego posterunku Królewskiej Kanadyjskiej Policji Konnej. Roztrzepany łowca zdążył uspokoić się do czasu przybycia policji, co trwało kilka godzin. Doszedł do siebie na tyle, że był w stanie opowiedzieć swoją niepokojącą historię.

Nawiązując do książki „The World’s Greatest UFO Mysteries” autorstwa Rogera Boar’a i Nigela Blundell’a, wydanej w 1984 roku, policjanci, którzy udali się na miejsce zdarzenia, zatrzymali się na chwilę w przydrożnej chacie w celu odpoczynku, która była własnością innego trapera – Armanda Laurenta i jego dwóch synów. Stróże prawa wyjaśnili gospodarzom, że kierują się do Anjikuni, aby „zbadać pewien problem” i zapytali, czy w przeciągu kilku ostatnich dni byli świadkami czegoś dziwnego. Traper przyznał, że wraz z synami śledzili dziwny, jarzący się obiekt przemierzający niebo. Miało to miejsce zaledwie kilka dni temu. Laurent stwierdził, że to ogromne, świecące „coś” wydawało się zmieniać swój kształt, przekształcając się z formy cylindrycznej, do czegoś przypominającego pocisk. Później dodał, że obiekt ten leciał w kierunku Anjikuni.

Martwe psy, hieny cmentarne i tajemnicze światła

Po krótkim odpoczynku policjanci opuścili chatę Laurenta i zdecydowali się kontynuować swoją podróż. Zajechawszy na miejsce zdarzenia, byli w stanie nie tylko potwierdzić zeznania Labelle’a, lecz – powołując się na pewne źródła – dokonali dodatkowych,Anjikuni tajemniczych odkryć na krańcach wioski. Wiele źródeł podaje, że oficerowie prowadzący śledztwo zostali zaalarmowani po odkryciu dużej ilości rozkopanych grobów, w miejscu wyznaczonym do pochówku zmarłych. Jeśli wierzyć opowieściom – każdy grób został otwarty i co gorsza – opróżniony.

Są także mniej dramatyczne, jednak nie mniej zaskakujące zeznania, że tylko jeden z grobów został naruszony. Dla Eskimosów zbezczeszczenie grobu jest czymś nie do pomyślenia, więc dlaczego ciała, lub ciało się w nim znajdujące zostały usunięte? Aby dodać kolejną szczyptę „dziwności” całej sprawie, świadkowie stwierdzili, że ziemia dookoła grobu była zmrożona i „twarda niczym kamień”. Raporty sugerują również, że kamienie nagrobne zostały ułożone w dwa, starannie ułożone stosy, co wykluczało dewastację wykonaną przez dzikie zwierzęta. Nie trzeba chyba wspominać, że policjanci byli zaniepokojeni tym co zobaczyli i ekipa poszukiwawcza została pospiesznie zorganizowana. W trakcie poszukiwań nie znaleziono żadnych dodatkowych poszlak odnośnie aktualnego miejsca pobytu zaginionych, jednakże w międzyczasie kolejne, przerażające odkrycie wyszło na jaw.

Nawiązując do raportów jakich dokonano, nie mniej niż 7 (choć niektórzy mówią o dwóch lub trzech) padłych śnieżnych psów zostało znalezionych około 90 metrów za granicą wioski. Znaleziono je zasypane głęboko w zaspach, na głębokości około 3,5 metra. Kanadyjscy patolodzy stwierdzili, że wszystkie odnalezione zwierzęta padły z głodu. Sposób w jaki psy zdechły – skoro naokoło było pełno chatek wypełnionych jedzeniem – wciąż pozostaje nierozwiązaną zagadką. Jedna z osób zdających relację z poszukiwań powiedziała, że zwierzęta zostały przywiązane do drzewa, co tłumaczyłoby ich niezdolność do zdobycia pożywienia, jednak nie wyjaśnia, dlaczego zwierzęta padły tak szybko.  Logicznym wydaje się, że zwierzęta nie powinny paść z głodu od chwili zniknięcia mieszkańców, do czasu pojawienia się trapera Labelle, który zeznał, że znalazł jedzenie wciąż gotujące się nad dogasającymi ogniskami.sled_dogs-300x220 Nasuwa się na myśl pytanie: czy mieszkańcy wioski pozwolili własnym psom umrzeć z głodu, zanim sami zniknęli? To bezcenne dla Eskimosów zwierzęta, które miały istotny wpływ na ich życie, dlaczego więc mieliby to zrobić? Jeśli jednak oni tego nie zrobili, to co tak naprawdę się stało? Jakby mało było tajemniczości w tej całej sprawie, policjanci zaobserwowali dziwne, pulsujące, niebieskawe światła nad horyzontem wioski, które podziwiali aż do jego zniknięcia. Zdecydowanie zaprzeczali, jakoby przyczyną tych świateł była zorza polarna.

Po dwóch tygodniach śledztwa, policjanci – bazując na jagodach, które zostały znalezione w jednym z kociołków – doszli do wniosku, że wioska była opuszczona od blisko dwóch miesięcy. Pojawia się w związku z tym kolejne pytanie: jeśli Eskimosi rzeczywiście opuścili swe domostwa osiem tygodni wcześniej, to kto rozpalił ognisko, na które natrafił Labelle?

Powstrzymać media

Fakty i folklor mają zwyczaj krzyżowania się jeśli chodzi o niewyjaśnione zdarzenia jak to, mające miejsce nad jeziorem Anjikuni. Mimo to, pierwsza oficjalna relacja o zaginionej wiosce rzekomo została wydrukowana 28 listopada 1930 roku w kanadyjskiej gazecie „Le Pas, Manitoba”, przez korespondenta Ennett’a E. Kelleher’a. Jako, że nie posiadano wtedy żadnych fotografii z miejsca zdarzenia, postąpiono według standardowej na ten czas procedury – podstawionym zdjęciem. Załączono zdjęcie obozu namiotowego z pustyni Cree, które zostało wykonane w 1909 roku, co doprowadziło do utraty wiarygodności sprawy. Podczas gdy większość uważała, że „Le Pas, Manitoba” była pierwszą gazetą, która opublikowała relację, pewne osoby twierdzą, że właściwy raport był wydrukowany już dzień wcześniej przez „Danville Bee”. Nie zważając jednak na to, kto był pierwszy, artykuł, który najbardziej zainteresował opinię publiczną, wydano w magazynie „Halifax Herald” 29 listopada 1930 roku, pod niezaprzeczalną informacją w nagłówku: „Plemię zaginęło w bezkresach północy – Wioska śmierci odnaleziona przez wędrowca Joe Labelle”.

Labelle nie przebierał w słowach, gdy opisywał swoje wstrząsające odkrycie reporterom:

Momentalnie poczułem, że coś jest nie tak. Patrząc na w połowie przygotowane potrawy wiedziałem, że coś przeszkodziło ludziom w przyrządzaniu kolacji. W każdej chatce leżała strzelba tuż obok drzwi, a przecież żaden Eskimos nie wyruszy w teren bez broni. Zrozumiałem, że stało się tu coś potwornego.

Oczywiście nie trwało długo, kiedy gazety zapchały swe wydania tą zadziwiającą historią. Czytelnicy w całej Północnej Ameryce otrzymali relację prosto z pierwszej ręki zdarzenia, które mogło być najlepszą, niewyjaśnioną zagadką, którą badała KKPK.

Frank Edwards kontra Królewska Kanadyjska Policja Konna

Po medialnym szumie wokół sprawy znad jeziora Anjikuni, ta niewyjaśniona historia została odłożona na bok, z racji masy niewiadomych, aż do roku 1959 kiedy to dziennikarz Frank Edwards ponownie zajął się tajemniczym przypadkiem i ujął go w swojej powieści „Dziwniejsze od nauki”.frank_edwards Edwards nie stronił od niewytłumaczalnego, nie ulegał również całemu szałowi związanemu z Anjikuni, nie ma również relacji, które mówiłyby, że reporter ten kiedykolwiek fabrykowałby fakty. O to jednak oskarżyła go KKPK na swojej stronie internetowej, poświęconej tej zagadkowej sprawie. 
Według Królewskiej Kanadyjskiej Policji Konnej, Edwards zmyślił całą historię na potrzeby swojej książki i wydarzenie w Anjikuni nigdy nie miało miejsca. Przytaczając zapis ze strony tej instytucji:

Historia o zniknięciu mieszkańców eskimoskiej wioski leżącej nad jeziorem Anjikuni w 1930 roku jest nieprawdziwa. Amerykański pisarz Frank Edwards jest rzekomo twórcą całej opowieści, którą opisał w swojej książce „Dziwniejsze od nauki”. Opowieść stała się popularna iprzedrukowana w wielu książkach i magazynach. Niemniej jednak nie ma żadnych dowodów na potwierdzenie autentyczności całego zdarzenia. Wioska o tak dużej populacji nigdy by nie istniała w tak oddalonej na północ części świata (62 stopnie na północ, 100 stopni na zachód, około 100 kilometrów na zachód od Eskimo Point). Ponadto, funkcjonariusze Królewskiej Kanadyjskiej Policji Konnej patrolujący omawianą okolicę, nie odnotowali żadnych niepokojących incydentów. Nie otrzymali również żadnych zgłoszeń od traperów, czy misjonarzy.

Będę pierwszym, który przyzna, że opowieść o zaginionej eskimoskiej wiosce Anjikuni jest czymś więcej, niż tylko rozpowszechnianą na dużą skalę bajką. Są pewne wątpliwości co do liczby rzekomych zaginionych osób, prezentowanych w różnych raportach, włączając w to „The World’s Greatest UFO Mysteries” autorstwa Boar’a i Blundell’a, które zakłada niedorzeczną i gigantyczną liczbę dwóch tysięcy zaginionych. Jest ona znacznie przesadzona, jednak wydaje się, że stanowisko KKPK jest nieco lekceważące, jeśli nie mówiąc – niepoprawne. Jak było wspomniane powyżej, pierwsza relacja z miejsca zdarzenia nie została opublikowana po wydaniu książki Edwards’a w 1959 roku, lecz w tym samym roku, w którym całe wydarzenie miało miejsce. Oznacza to, że nie ma możliwości, aby wymyślił on tą legendę. Dodatkowo, istnieją zapisy o przynajmniej dwóch oddzielnych dochodzeniach prowadzonych przez funkcjonariuszy.

Sierżant Nelson rozwiązuje sprawę… prawie
mountie_1930-255x300

Pierwsze dochodzenie – nawiązując do funkcjonariuszy, którzy odpowiedzieli na zgłoszenie Labelle’a – zostało wszczęte 17 stycznia 1931 roku, czyli już rok po całym zajściu. Głównodowodzącym, był dociekliwy oficer KKPK, sierżant J. Nelson, który stacjonował na posterunku w La Pas. Nelsona zaintrygowały napływające z okolic raporty i zadecydował wszcząć „skrupulatne dochodzenie z różnych źródeł”, jednak nie jest jasne, czy prowadzone przez niego śledztwo zostało potępione przez KKPK. Oficer stwierdził tylko, że „nie znalazł podstaw potwierdzających prawdziwość tej historii”.

Odwołując się do informacji zebranych przez Chrisa Rutkowskiego i Geoff’a Dittman’a a opublikowanych w ich książce „Raporty kanadyjskich UFO: Rozwiązanie najlepszych spraw”, hipotezy Nelsona zostały oparte na jednej rozmowie, jaką przeprowadził z nieznanym z imienia i nazwiska właścicielem stoiska handlowego w Windy Lakes. Mężczyzna powiedział mu, że nie słyszał o opuszczonej wiosce od żadnego z traperów odwiedzających jego sklep. Ten plotkarz stwierdził nawet, że wie ze słyszenia, że Labelle tak naprawdę przybył z terytorium północno-zachodniego i prawdopodobnie nigdy nie dotarł do oddalonego o 100 mil Anjikuni. Z zeznań Nelsona:

Joe Labelle, traper, który rzekomo, który opowiedział swoją historię korespondentowi Emmett’owi E. Kelleher’owi, jest uważany za nową personę w tym kraju. Pojawiają się również wątpliwości co do jego przebywania kiedykolwiek na tych terenach.

Nelson starał się wzmocnić prawdziwość swojej wersji zdarzeń, kierując oszczerstwa w kierunku uczciwości Kelleher’a mówiąc, że „miał zwyczaj pisania wyolbrzymionych historyjek o północy, oraz, że jego artykuł nie budzi wiarygodności”. Warto zaznaczyć, że Nelson sam oznajmił, iż nigdy nie przeprowadzał jakiegokolwiek wywiadu z reporterem, lecz oświadczył, że zrobi to tak szybko, jak tylko będą ku temu możliwości. Nie do końca również wiadomo, czy Nelson kiedykolwiek rozmawiał z Labelle’m, ani nawet czy pokusił się wybrać nad jezioro Anjikuni w celu przeprowadzenia dochodzenia na własną rękę. Jedno można z pewnością stwierdzić: stan wioski niewiele zmienił się przez dwa miesiące, od czasu ucieczki w panice trapera. Pomimo faktu, że Nelson wydaje się być jedyną osobą spisującą pogłoski od innych ludzi, postanowił zakończyć swoje śledztwo stwierdzając:

Sprawa zaginięcia mieszkańców wioski bazuje na historii niedoświadczonego trapera opowiedzianej fantazjującemu i niezbyt prawdomównemu dziennikarzynie.

Nie trzeba chyba tłumaczyć, że słowa te są dla sceptyków zakończeniem całej sprawy, jednak (z całym szacunkiem do oficera Nelsona) trzeba się zastanowić, jak daleko zaszło śledztwo tego policjanta.fate_november_1976-230x300 Wydaje się, że był sceptykiem odnośnie tej sprawy i nigdy nie miał zamiaru dokopania się do prawdy. Warto dodać, że fakt, iż nigdy nie rozmawiał z naocznym świadkiem, który mógłby potwierdzić całe zdarzenie, nie stanowi dowodu o nieprawdziwości wydarzenia w Anjikuni. Żaden z przedstawionych faktów nie dowodzi, ani nie zaprzecza prawdziwości tego, co zdarzyło się w oddalonej na północ wiosce, niemniej jednak na jeden z nich warto zwrócić uwagę, czy to jesteś zwolennikiem niekonwencjonalnych teorii, czy też należysz do tych, którzy w takie teorie nie wierzą. Niestety, wydaje się, że taki Tom, Dick, czy Harry, uwierzą mediom, że cała sprawa to jedne wielkie oszustwo, podczas gdy inni, którzy nie uwierzą w medialną papkę, zostaną uznani za gorszych, za dziwaków, spiskowców.

Sprawa ponownie ujrzała światło dziennie w listopadzie 1976 roku, gdy w magazynie „Fate” pojawił się artykuł zatytułowany „Powrót sprawy zaginionej wioski”, autorstwa Dwight’a Whalens’a. Tekst potwierdza, że istniały zapisy mówiące o prowadzeniu ponownego śledztwa przez KKPK w 1931 roku. Policjanci przyznali się do odkrycia niezamieszkałej wioski, lecz uznali to za sezonowe, lub trwałe opuszczenie siedliska, oraz nie brali pod uwagę możliwości ingerencji w to tajemniczych sił i prawdopodobnie najwygodniej było im uznać sprawę za wyjaśnioną. Wiadomym jest, że w latach 30 XX wieku wiele eskimoskich plemion prowadziło pół-koczowniczy tryb życia, jednak nigdy nie opuściłyby one swoich wiosek – czy to tymczasowo, czy trwale – w obliczu wszech panującej zimy, bez broni i innych istotnych w przetrwaniu przedmiotów.

Podczas, gdy jedni rozważają nad wszystkimi możliwymi przyczynami zaistniałego zdarzenia, ciężko jest obarczyć winą wymiar sprawiedliwości, za chęć zatuszowania sprawy Anjikuni. Nie do końca jasne porzucenie sprawy przez KKPK, jest jawną próbą odsunięcia się od enigmatycznej historii, która niezbyt dobrze odbiła się na policji i co bardziej znaczące, zdarzyła się już ponad 70 lat temu. Nawet jeśli znaleźliby się członkowie Konnej Policji zainteresowani ponownym zbadaniem tej sprawy, jakiekolwiek ślady już dawno przestały istnieć i wątpliwym jest, czy byliby w stanie przekonać swoich przełożonych, by poświęcić czas właściwie na daremno. Więc jeśli przyznamy, że przynajmniej 30 osób zaginęło tego feralnego dnia, to niewątpliwie trzeba zadać pytanie…

Co do cholery się tam wydarzyło?

To, co nam teraz pozostało to wielka zagadka, na temat tego kto, lub co było odpowiedzialne za szokujące zniknięcie osób w 1930 roku.inuit_beluga Było to zawsze głównym argumentem sporu pomiędzy ludźmi, którzy wierzyli, że wioska Anjikuni w tajemniczy sposób zniknęła. Trudno sobie wyobrazić, jaki rodzaj siły mógł zmusić plemię Eskimosów do opuszczenia swoich bezpiecznych domostw, bez zabrania narzędzi, pożywienia, broni, oraz psów, niezbędnych do przetrwania w srogim klimacie tundry. Fakt, że nie znaleziono żadnych śladów walki, ani aktów przemocy tylko potęguje tajemniczość tej niewyjaśnionej dotąd zagadki. Jeśli Eskimosi z Anjikuni zostali zamordowani, lub porwani przez jakąś siłę, z pewnością zostałyby jakieś oznaki walki. Jeśli połączyć to z faktem, że doświadczeni śledczy nie mogli znaleźć pozostałości po opuszczeniu wioski, wprawiło ich w zakłopotanie na długie lata. Jeśli więc nie możemy znaleźć logicznego wyjaśnienia, jesteśmy więc zmuszeni spojrzeć na to z innej perspektywy. Jedną z wielu a zarazem najpopularniejszą teorią wyjaśniającą powód zaginięcia całej ludności wioski jest…

Porwanie przez kosmitów

W drugiej połowie XX wieku wielu ufologów sugerowało, że mieszkańcy kanadyjskiej wioski mogli zostać ofiarami jednej z największych abdukcji przez kosmitów, jaka kiedykolwiek miała miejsce.ufo_inuit-300x211 Hipoteza ta oparta jest na zeznaniach Laurenta, świadka obserwacji cylindrycznego, przypominającego kształtem pocisk obiektu, przemierzającego niebo w kierunku Anjikuni, oraz na zeznaniach policjantów, widzących dziwne, niebieskie światła nocą, nad wioską. Podczas gdy dowody wspierające tę teorię wydają się być niepodważalne, jednocześnie zdają się być intrygujące i zarazem przerażające. Trzeba przyznać, iż założenie, że kosmici zeszli na ziemię i czmychnęli z całą populacją wioski, wydaje się być wyjęte prosto z sennego koszmaru. Z jednej strony teza ta najlepiej wyjaśnia, dlaczego każda żywa dusza w wiosce zdołała zniknąć bez najmniejszego śladu – prawdopodobnie w czasie wykonywania codziennych obowiązków, jak chociażby odbicia stóp, czy butów w śniegu. Z drugiej strony, posądzając istoty pozaziemskie o uprowadzenie mieszkańców, możemy przyczynić im złą reputację, bazując tylko na jednej relacji o dziwnym, latającym obiekcie i drugiej – mniej znaczącej – o niewyraźnych, niebieskawych światłach na niebie.

Jeśli z grona podejrzanych wykluczymy istoty pozaziemskie, to musimy zmierzyć się z być może jeszcze bardziej dziwaczną hipotezą, że przyczyną zniknięcia mieszkańców Anjikuni był…

Atak demona

Labelle zeznał reporterom, że wierzy, iż mieszkańcy Anjikuni zaginęli po zadarciu z „Eskimoskim złym duchem Tornrark’iem”.inuit_demon3-300x219 Demoniczna istota do której odniósł się traper – „Torngarsuk”, znany także jako „Torngasak”, „Tornatik”, „Torngasoak”, Tungrangayak” i „Tor-nar-suk” – według eskimoskiej legendy, jest potężnym, niebiańskim bóstwem, który jest przywódcą legionu wrogo nastawionych duchów. Nie jest jednak godnym uwagi fakt, że Labelle, nieobeznany z tą okolicą, był dosyć dobrze zaznajomiony z tubylcami i jednym z ich najbardziej zbrodniczym bogiem, którego znał z imienia. Demon ten był niewidzialny dla wszystkim, prócz eskimoskich szamanów, którzy byli znani z przyjmowania różnych inkarnacji i składania ofiar ze zwierząt, aby utrzymać „wielkiego diabła” w ryzach. Ta złośliwa istota okazjonalnie ukazywała się w formie zwierząt, np. niedźwiedzia.

Czy mogło być tak, że mieszkańcy Anjikuni uwierzyli, iż jeden, lub więcej z ich śnieżnych psów stał się inkarnacją bestii? Czy to dlatego opuścili wioskę i udali się na pewną śmierć?  Przesłanki ku temu są niewielkie, jednak nie można ich zupełnie wykluczyć. A mówiąc już o demonach, jest możliwość, że zamieszane w tą sprawę były inne istoty nadprzyrodzone, czyli…

Wampiry

Przyznam, że nie jest to moja osobista teoria na temat tego, co mogło się wydarzyć w Anjikuni i szczerze mówiąc – nie jest również moją ulubioną.vampire_child-300x158 Ta dziwaczna teoria wydaje się, jakby wynikała ze strasznej powieści Steve’a Niles’a i Ben’a Templesmith’a, „30 Dni i nocy”. Jednakże, pod wpływem tego rodzaju długotrwałej ciemności, jaka występuje w tych terenach, kto wie, co może się w niej czaić. Pomimo tego, brak śladów krwi, oraz jakichkolwiek śladów walki na miejscu zbrodni, przemawiają za nieprawdziwością tej teorii.

Jeśli więc nie mamy do czynienia z kosmitami, leśnymi demonami, ani nowoczesnymi wampirami niszczącymi wioskę, musimy wziąć pod uwagę możliwość, że mieszkańcy owej wsi najzwyczajniej w świecie przenieśli się w…

Inne wymiary

Historyczne przekazy przepełnione są opowieściami o ludziach, którzy w niewyjaśniony sposób zniknęli. dminesional_slip-300x228Weźmy jako przykład przypadek Oriona Williamsona – rolnika z Selmy w Alabamie – który miał zniknąć dosłownie w powietrzu, tuż przed jego żoną, synem i dwójką sąsiadów, podczas gdy spacerował po swojej posiadłości. Miało to miejsce w lipcu 1854 roku.  Cała lokalna społeczność podjęła poszukiwania zaginionego farmera, bezskutecznie. Syn Williamsona przyrzekł, że słyszał płacz, jakby wydawany przez ducha jego ojca, dobiegający z pola przez kilka następnych tygodni po tajemniczym zniknięciu.

Jest jeszcze zdumiewająca sprawa szewca z Warwickshire w Anglii – James’a Burne’a Worsona. Worson miał skłonność do przechwalania się swoimi możliwościami, które pozwalały mu biegać na dalekie dystanse, co sprawiło, że w pewnym momencie miarka się przebrała. Jego dwóch pijących z nim kolegów -  Hamerson Burns i Barham Wise – założyło się z nim, że nie przebiegnie dystansu z Leamington do Coventry, który liczył sobie około 40 mil. Worson zaakceptował zakład i już w ciągu godziny, cała trójka była w trasie. Worson biegł przodem, a za nim Burns z Wise’m podążali bryczką. Niesamowicie wysportowany Worson wydawał się być ucieszony z joggingu, biegnąc stałym tempem i od czasu do czasu żartując z jadącymi za nim kumplami, do momentu, kiedy to 20 stóp przed przyjaciółmi potknął się i przewrócił. Obserwatorzy na bryczce przeżyli w tym momencie mrożący krew w żyłach horror. Worson przewrócił się do przodu „z przerażającym płaczem”, po czym zniknął na ich oczach.

Tak jak w przypadku Williamsona, poszukiwania zaginionego biegacza nie przyniosły rezultatu.

Mógłbym tutaj przytoczyć masę innych, podobnych przypadków, jednak myślę, że po tych dwóch powyższych, załapaliście o co chodzi. Dość powiedzieć, że to prawdziwy precedens niewyjaśnionych zaginięć, gdyż nawet naoczni świadkowie nie są w stanie niczego wyjaśnić.

Wniosek podsumowujący

Powinno być jasnym dla każdego czytelnika tego artykułu, że jestem absolutnym fanem tzw. „opowieści przy ognisku”. Uwielbiam dreszcze emocji i tę tajemniczość, która spływa na te wszystkie „prawdziwe” legendy, jednak patrzę trzeźwo na wszystko i zdaję sobie sprawę, że wiele informacji na temat powyższej historii jest trudna, jeśli nie niemożliwa do uzasadnienia.

Wydaje się być oczywistym, że informacje na temat Anjikuni zostały poprzekręcane i ubarwione przez każdą osobę ją przekazującą przez już ponad 7 dekad, powodując niesamowitą mieszankę faktów i fikcji. Niemniej jednak tak sceptycznie nastawiony jak ja jestem do niepotwierdzonych raportów, tak samo sceptycznie patrzę na osoby starające się obalić prawdziwość tych raportów, bazujących na dowodach, które są jedynie zarysem i na których opierają się legendy. Jeśli jednak zmniejszymy ogromną, potencjalną liczbę dwóch tysięcy zaginionych osób, do tylko trzydziestu i jeśli zmniejszymy liczbę rozkopanych grobów z wielu, do tylko jednego brakującego ciała, to wciąż mamy do czynienia z jedną z najbardziej zagadkowych historii naszych czasów.

Bez względu na dalsze losy zaginionych w Anjikuni osób, faktem jest, że pewnego listopadowego dnia roku 1930, około 30 mężczyzn, kobiet i dzieci – które zaledwie dzień wcześniej pracowały, bawiły się otoczone przez najbliższych i bezpieczeństwo swojego domu – najprawdopodobniej opuściły swe domostwa i zniknęły z oblicza Ziemi.

Pomimo głośnych protestów osób chcących obalić sprawę Anjikuni, zagadka tego miejsca jest wciąż żywa i podczas, gdy być może nigdy nie dowiemy się, co tak naprawdę się tam stało, czy ci biedni ludzie zostali zamordowani, czy nie; czy zostały przeniesione do innego świata, czy też innego wymiaru, możemy wspólnie mieć nadzieję, że gdziekolwiek się teraz znajdują, są w lepszym miejscu.

Autor: Rob Morphy
Tłumaczenie: Scoobany
Źródło: http://mysteriousuniverse.org/2011/07/village-of-the-dead-the-anjikuni-mystery/
4

Zagadkowa historia Elisy Lam

Są na świecie zagadki tak dziwne, że potrafią zamieszać w umyśle człowieka na wiele dni. Przypadek Elisy Lam jest jednym z tego przykładów. W lutym 2013 roku, 21-letnia studentka z Vancouver w Kanadzie, została znaleziona martwa, w środku jednego ze zbiorników na wodę, umieszczonego na dachu hotelu Cecil w Los Angeles. Koroner stwierdził, że przyczyną śmierci było utonięcie, które nastąpiło w wyniku nieszczęśliwego wypadku. Stwierdzono również, że podczas autopsji nie znaleziono w ciele dziewczyny śladów alkoholu, narkotyków, czy innych środków odurzających. Jednakże ta historia jest bardziej złożona, niż przedstawiają to policyjne raporty. Pierwszym dowodem, jaki należy wziąć pod uwagę, jest nagranie z monitoringu zainstalowanego w widzie hotelu, na którym widać dziwne zachowanie Elisy, zaledwie kilka chwil przed jej śmiercią.

YouTube Preview Image

Na początku nagrania widać Elisę wciskającą wszystkie przyciski na panelu windy. Następnie oczekuje, aż winda ruszy, jednak drzwi z jakiegoś powodu się nie zamykają. Zaczyna się rozglądać, jakby kogoś oczekiwała (lub przed kimś się chowała). W 1 minucie i 57 sekundach nagrania jej ręce i dłonie zaczynają poruszać się w bardzo dziwny sposób (prawie nieludzko) i wydaje się, jakby do kogoś, czegoś, lub zwyczajnie do niczego mówiła. Następnie odchodzi. Drzwi windy zamykają się i wydaje się, że winda ponownie poprawnie działa.

Tuż po wydarzeniach ukazanych na nagraniu, Elisa prawdopodobnie zyskała dostęp do dachu hotelu, wspięła się na jeden ze zbiorników z wodą i w jakiś sposób zakończyła żywot topiąc się w nim. Jej ciało zostało odnalezione 2 tygodnie po śmierci, po wielu skargach ze strony gości hotelowych, którzy skarżyli się na smak i kolor wody. Niewiarygodne.

Widząc nagranie z windy, większość osób dochodzi do wniosku, że dziewczyna była pod wpływem narkotyków. Jednakże Elisa nigdy wcześniej nie miała styczności z narkotykami, a autopsja nie wykazała śladów narkotyków w organizmie. Gdy głębiej spojrzymy na okoliczności tej śmierci, tym ciekawsza i bardziej zagadkowa się ona stanie.

Mroczna historia hotelu Cecil

Hotel został zbudowany w 1920 roku, aby „zachęcić biznesmenów na przyjazd do miasta na dwa – trzy dni”. Szybko jednak został przyćmiony przez lepsze hotele. Zlokalizowany był tuż przy ubogiej dzielnicy Los Angeles, więc zaczęto wynajmować pokoje na dłuższe okresy czasu za niską opłatą, co przyciągnęło mniej zamożnych gości. Renoma hotelu szybko upadła, gdy zaczęła rosnąć liczba samobójstw i zabójstw w nim popełnianych.

W mroczną historię hotelu zamieszanych jest dwóch seryjnych morderców, Richard Ramirez i Jack Unterweger.

Przesiadujący w tej chwili w celi śmierci Ramirez, znany jako „Nocny prześladowca (Nightstalker)”, mieszkał w hotelu Cecil w 1985 roku, w jednym z pokojów na ostatnim piętrze budynku. Płacił 14 dolarów za noc. Budynek zamieszkiwało wiele tymczasowych osób, więc Ramirez bez problemu prześladował i zabił 13 kobiet. Richard Shave powiedział: „On wyrzucał swoje splamione krwią ubrania do śmietnika na koniec dnia i wracał tylnym wejściem”.

Jack Unterweger był dziennikarzem opisującym opisującym zbrodnie w Los Angelem dla australijskiego magazynu w 1993 roku. „Wierzymy, że mieszkał w hotelu Cecil w hołdzie dla Ramireza” – powiedział Shave. Jest on oskarżony o morderstwo trzech prostytutek, w czasie, gdy przebywał w tym hotelu.

W latach 50 i 60 XX wieku hotel Cecil bardzo znanym miejscem wśród osób, które chciały popełnić samobójstwo poprzez skos z wysokości. Helen Gurnee wyskoczyła z siódmego piętra hotelu 22 października 1954 roku.

Julia Moore wyskoczyła z okna na ósmym piętrze. 11 lutego 1962 roku.

Pauline Otton, mając 27 lat wyskoczyła z okna na dziewiątym piętrze po awanturze, jaką przeprowadziła ze swoim mężem, 12 października 1962 roku. Kobieta spadając, uderzyła w przechodnia znajdującego się 90 stóp niżej, którym był 65-letni George Gianinni. Oboje ponieśli śmierć na miejscu.

Miejsce miało również morderstwo jednego z rezydentów. „Pigeon Goldie” Osgood, emerytowany operator telefoniczny, znany z dokarmiania i chronienia gołębi w pobliskim parku, został znaleziony martwy w swoim hotelowym pokoju, 4 lipca 1964 roku. Został zadźgany, uduszony oraz zgwałcony. Sprawa po dziś dzień nie została wyjaśniona”

– Las Vegas Guardian Express,

Sprawa Elisy Lam jest kolejnym dodatkiem do mrocznej historii hotelu Cecil i stawia pytanie: „Co do cholery jest nie tak z tym miejscem?”.

Film „Dark Water”

Historia Elisy Lam jest przerażająco podobna do horroru z 2005 roku zatytułowanego „Dark Water”.

Dahlia, główna bohaterka filmu przeprowadza się do apartamentowca wraz z jej małą córką Cecilią. Już tutaj występuje podobieństwo imion. Black Dahila jest pseudonimem nadanym Elizabeth Short, ofierze morderstwa w 1947 roku – które wyglądało na morderstwo rytualne.

Dark Water

Dark Water

Podobnie jak inne sprawy, ta również nie została wyjaśniona po dziś dzień. Według gazety LA Observed, Black Dahila była w hotelu Cecil tuż przed swoją śmiercią.

The Black Dahila, Elizabeth Short, została wspomniana w przynajmniej jednej książce, że bawiła się w hotelu Cecil tuż przed swoim zaginięciem w 1947 roku. Jednakże według historyków Kima Coopera i Richarda Shave’a, jest to tylko niepotwierdzona plotka.

- LA Observed

We wspomnianym przed chwilą filmie, imię córki głównej bohaterki – Cecilia – jest bardzo zbliżone do nazwy hotelu.

Po przeprowadzce do swojego nowego mieszkania, Dahila zauważyła, ciemną wodę cieknącą z sufitu w jej łazience. Odkryła ona, że młoda dziewczyna Natasha Rimsky utonęła w znajdującym się na dachu budynku zbiorniku na wodę, co spowodowało zmianę koloru wody. Właściciel budynku wiedział o tym fakcie, jednak nie podjął żadnych działań. Ciało Elisy znajdowało się w wodzie przez ponad 2 tygodnie, przez co goście skarżyli się na „czarną wodę”.

Samo zakończenie filmu jest również niesamowicie istotne. Windy w apartamentowcu przestają działać poprawnie i duch matki Cecilii plecie jej warkocz (?). Czy śmierć Elisy Lam jest jednym z tych rytualnych morderstw, które są wiernie odwzorowane w Hollywódzkim filmie?

Kolejny dziwny zbieg okoliczności

Krótko po odkryciu ciała Elisy Lam, śmiertelna epidemia gruźlicy wybuchła w graniczącej do hotelu biednej dzielnicy miasta. Pewnie nie uwierzycie, jaką nazwę nosił test używany w tego typu sytuacjach. LAM-ELISA. To dopiero podobieństwo.

Zagadek jeszcze więcej

Organy śledcze ogłosiły w czerwcu 2013 roku, że powodem śmierci Elisy Lam był nieszczęśliwy wypadek. Pewne pytania ciągle jednak pozostają bez odpowiedzi. Jak Elisa – która jak można podejrzewać nie była w pełni świadoma co robi – skończyła w środku hotelowego zbiornika na wodę, miejsca, do którego dostęp jest ściśle ograniczony?

Poniżej przedstawiony jest fragment reportażu telewizyjnego, pokazujący ów zbiornik na wodę i jego otoczenie.

YouTube Preview Image

Tak jak reporter stwierdza w materiale, cały dach budynku jest ściśle chroniony systemem alarmowym a sam zbiornik na wodę jest trudno dostępny. Jak Elisa się tam dostała? I co ciekawsze, jak zamknęła za sobą pokrywę?

Tak jak w przypadku innych zagadkowych śmierci, władze nie ujawniają zbyt wielu szczegółów w sprawie tego śledztwa. Co tak naprawdę się tam wydarzyło? Dlaczego jest tak wiele dziwnych zbiegów okoliczności? Dlaczego Elisa zachowywała się tak dziwnie w windzie? Czy jej śmierć była spowodowana rytualnymi obrzędami? Dlaczego historia hotelu Cecil przepełniona jest tego typu makabrycznymi przypadkami? Czy za tym wszystkim stoi jakaś paranormalna siła? Zagadka wciąż pozostaje nierozwiązana, a władze nie kwapią się, aby ją wyjaśnić.

Może powinienem tutaj przytoczyć fragment z plakatu promującego film „Dark Water”: „Niektóre zagadki powinni zostać nierozwiązane”.

Tłumaczyłem ja.
Oryginalny tekst pochodzi ze strony http://vigilantcitizen.com/vigilantreport/mysterious-case-elisa-lam/
5

CD-Action z dodatkiem 1200 złota w World of Tanks

 

Najnowszy numer CD-Action wzbudził ogromne zainteresowanie. Nie ma co ukrywać, że głównym tego powodem było dorzucenie

1233627_382156988578572_791448660_ndo magazynu dodatku w postaci dwóch kodów bonusowych do gry World of Tanks. Pierwszy z nich pozwala na doładowanie istniejącego już konta o równe 1200 złota. Drugi z kodów sprawia, że przy rejestracji nowego konta otrzymamy bonus w postaci 1000 sztuk złota + dodatkowych 3 dni premium do tego. Nie sugerować się więc okładką magazynu, która mówi – 2200 golda na nowych i 1200 dla starych graczy. Z tego można by wywnioskować, że zakładając nowe konto, wpisując oba kody, otrzymamy łącznie 3400 złota za cenę czasopisma. Nic bardziej mylnego.

Kod dla nowych użytkowników dodaje 1000 złota + 3 dni premium,
Kod dla starych użytkowników dodaje 1200 złota.

Skąd zatem wzięła się na okładce liczba 2200? Jest to zwykły chwyt marketingowy, jednak nie mam wydawcom tego za złe, bo przecież te kody są DODATKIEM do czasopisma, a nie odwrotnie, jak niektórzy myślą, bo ci narzekają, że 1200 złota za 16 złotych to żadna okazja. Typowe, płytkie myślenie.

Za 15,99 zł otrzymujesz czasopismo, 2 płyty DVD z dwoma pełnymi wersjami gier + 2 kody doładowujące złoto w World of Tanks. Drogo? Żadna okazja? Znajdź mi taką ofertę w innym miejscu a z chęcią z niej skorzystam.

Lećcie do kiosku/sklepu i kupujcie, bo warto, a taka okazja szybko (o ile w ogóle kiedyś) się nie powtórzy.

img_0491-kopia

Koniec wiosny 2013 roku

Pod koniec wiosny w roku 2013 mogliśmy liczyć na udaną pogodę. Początek lata przyniósł prawdziwie piekielne upały, po których nastąpiły dni deszczowe. Zawsze uważałem, że dobre zdjęcia można robić tylko przy dobrym, naturalnym oświetleniu, jakie możemy otrzymać podczas ładnego, słonecznego dnia. Byłem w błędzie. Zdjęcie może zyskać urok nawet przy ulewnym deszczu i pełnym zachmurzeniu, wystarczy tylko dobrać odpowiednią scenerię i wiedzieć, co się chce uchwycić. Czas prób więc dla mnie nastał…

Kilka fotek z czerwcowej końcówki wiosny

Pogoda tej wiosny zupełnie nie dopisywała. Zimne, deszczowe dni co jakiś czas przeplatał ładny, słoneczny i ciepły dzień. Takie właśnie dni staram się wykorzystywać na wypady rowerowe po najbliższej okolicy, chociaż tym razem zapuściłem się nieco dalej. 16 kilometrów w jedną stronę, plus drobne zjazdy z głównej trasy dały mi prawie 34-kilometrową rowerową wycieczkę. Wrażenia dla każdej osoby lubiącej dwa kółka z takiej wycieczki byłyby niezapomniane. Najgorzej wspominam krótką przeprawę przez las. Zatrzymałem się, aby zrobić nieco fajnych fotek. Nic z tego nie wyszło – musiałem uciekać w popłochu, bo od razu obsiadła mnie istna chmura komarów. Krwi jednak oddać nie zamierzałem.

Pendrive Kingston DT 111 16 GB

Pendrive Kingston DT 111 16 GB – opinia, recenzja

Jako iż mój stary i już wysłużony Kingston 4 GB przestał mi wystarczać, toteż postanowiłem nabyć coś nowszego, świeższego, bardziej pojemnego a przede wszystkim szybszego. Uznałem, że 16 GB zadowoli mnie w zupełności, bo pozwoli to na przeniesienie filmu w HD, jakiejś gry, czy większej ilości mniejszych plików, Kupując sprzęt komputerowy należy kierować się jego ceną, parametrami, ale przede wszystkim opinią innych użytkowników. Niestety ja nie zwróciłem uwagi na to ostatnie i zarazem najważniejsze. Mój wybór padł na Kingstona DT 111 o pojemności 16 gigabatów. Opis produktu wydawał się być przekonujący. Prędkość zapisu w granicach 25 MB/s., odczyt 70 MB/s. Bardzo zależało mi na penku, który będzie szybko zapisywał dane, gdyż odczyt był już dla mnie mniej ważny. Już po pierwszych próbach wiedziałem, że tak różowo jak w reklamie nie będzie. Pendrive działa pod USB 2.0 jak i 3.0. Na zdrowy rozum na nowszym typie USB powinno chodzić znacznie szybciej. Nie do końca… . Przedstawiam parametry testu zrobione programem HD Tune.

Benchmark przeprowadzony programem HD Tune na wejściu USB 2.0.

Benchmark przeprowadzony programem HD Tune na wejściu USB 2.0.

Średni odczyt danych oscyluje w granicach 37 MB/s. Nie jest źle, a powiedziałbym nawet, że jest to całkiem dobry wynik.

Z odczytem na USB 3.0 było znacznie lepiej.

Benchmark przeprowadzony programem HD Tune na wejściu USB 3.0.

Benchmark przeprowadzony programem HD Tune na wejściu USB 3.0.

Szybkość odczytu danych jest tutaj dwukrotnie większa, niż w przypadku USB 2.0. Niestety z zapisem danych już nie jest tak fajnie. Jest tragicznie. Przeprowadzając już własnoręcznie testy wyniki wyszły mi następujące:

Plik o wadze równego 1 gigabajta (1024 megabajtów), wcześniej zdefragmentowany, ze zdefragmentowanej partycji, zacząłem kopiować na obiekt testów, czyli mojego pendrive’a.

  • 3 minuty i 15 sekund zajęło wrzucenie pliku 1 GB przez USB 3.0, co daje średnią szybkość 5,25 MB/s.
  • 0 minut i 14 sekund zajął odczyt pliku 1 GB przez USB 3.0, co daje średnią szybkość 73,17 MB/s.
  • 3 minuty 17 zajęło wrzucenie pliku 1 GB przez USB 2.0, co daje średnią szybkość 5,19 MB/s.
  • 0 minut i 27 sekund zajął odczyt pliku 1 GB przez USB 2.0, co daje średnią szybkość 37,92 MB/s.

Wyniki pokazują, że zapis danych poprzez USB 2.0 jak i USB 3.0 jest praktycznie taki sam. Znaczna różnica jest jednak w odczycie danych.

Jestem bardzo zawiedziony tym zakupem i z pewnością zdecydowałbym się na coś innego, gdybym miał możliwość zwrotu produktu. DataTraveler 111 jest szybki tylko w odczycie, bo w zapisie to już z niego istny ślimak…

Przechwytywanie

Co mnie wkurza w nowym Allegro

Z Allegro korzystam raczej rzadko, bo staram się tam kupować rzeczy, których nie dostanę w najbliższej mi okolicy, lub gdy jest je zdobyć zwyczajnie ciężko. Dobra alternatywa, które nie mają zbyt wiele czasu. Całkiem niedawno portal ten przeszedł bardzo poważną zmianę, po której nowy wygląd serwisu (sądząc po przeprowadzanych ankietach) nie podoba się ponad 90% osobom korzystających z Allegro. Sam nie jestem wyjątkiem, bo o ile poprzedni wygląd był prosty, przejrzysty i funkcjonalny, tak ten aktualny – pełen bajerów i braku funkcji – zwyczajnie odstrasza. Nie będę tutaj jednak zajmował się kwestią wizualną – o tym było już wszędzie. Co mnie jednak dzisiaj bardzo zdenerwowało i rozczarowało, to całkiem dla mnie niezrozumiały i głupi system płatności za kupione przedmioty.

Posłużę się przykładem. Zbliża się lato, więc postanowiłem przegrzebać szafę i sprawdzić czego na nadchodzący sezon mi brakuje. Jestem fanem krótkich spodenek, więc postanowiłem nabyć kilka a wiadomo, że kupując kilka przedmiotów u jednego sprzedawcy bardzo często możemy skorzystać na tym, płacąc za przesyłkę tak, jakbyśmy brali tylko jeden przedmiot. Tak było też w moim przypadku. Postanowiłem kupić wszystko u jednego sprzedawcy, by zaoszczędzić na przesyłce, zwłaszcza, że sam sprzedawca o tym informuje:

Informacja od sprzedawcy

Informacja od sprzedawcy

Widać jasno, że koszt przesyłki poleconej – bo taka mnie najbardziej interesuje – wynosi 8 zł (w cenniku sprzedawcy widnieje cena 8,01 zł, ale mniejsza z tym), więc całkiem przyzwoicie i dwa razy taniej niż przesyłka za pobraniem. Zawsze kupuję płacąc z góry. Po dodaniu dwóch produktów od tego samego sprzedawcy do koszyka, postanowiłem sfinalizować transakcję. I cóż. O ile sprzedawca pozwala na wysyłkę kilku rzeczy za 8 zł, tak Allegro już nie! Allegro zezwala tylko i wyłącznie na przesyłkę pobraniową za 15,01 zł.

Informacja od Allegro

Informacja od Allegro

Pozostaje pytanie, co w tej sytuacji zrobić. Dorzucić 7 złotych na przesyłkę pobraniową, która jest mi zbędna? Tylko dlaczego mam płacić za coś, co nie jest konieczne, bo przecież sprzedawca wyśle dwie sztuki za 8 zł. A może kupić produkty osobno i zapłacić przelewem na konto, czy też może zupełnie sobie odpuścić zakup? Takie zachowanie Allegro zniechęca do kupna i nie dziwię się, że handlarze zarabiający na tym serwisie biją na alarm, że ich zarobki w ostatnim czasie znacznie zmalały.

Auschwitz

Wyprawa do Oświęcimia

Słowo Oświęcim chyba każdemu kojarzy się obozem koncentracyjnym, jaki znajdował się w tej miejscowości. Miejsce to miało makabryczną przeszłość, chociaż dziś stwarza już inne pozory. Miejsce wydaje się być bardzo ciche i spokojne, nie licząc wszędobylskich turystów, którzy zamiast skupiać się na rozważaniu o tym co się w tym miejscu działo, chodzą bez celu i szukają wczorajszego dnia. Według mojej opinii, miejsce to straciło i traci w jakimś stopniu „klimat”. Przede wszystkim nie podoba mi się nowoczesny wygląd wnętrz bloków znajdujących się na terenie muzeum. Wszystko w nich wygląda bardzo nowocześnie, sztucznie i jak to pracujący tam elektryk mi powiedział: „Kilka zdjęć, parę monitorów z filmami i kupa kamieni. To ma być muzeum?”. I taka jest prawda. Nie dotyczy to jeszcze wszystkich budynków, jednak powoli wszystko idzie w tą stronę. Osoby, które w ostatnim czasie odwiedziły obóz, myślę, że będą podobnego zdania. Ale taka jest koncepcja żydków płacących za prace remontowe i robiących projekty. Przykre jest też, że żydzi traktują obóz w Oświęcimiu jak swoją własność, że to im należy się największy szacunek, jakby nikt inny prócz żydów tam nie zginął.

Sam wygląd wnętrz jest bardzo przyzwoity, jednak nijak pasuje do miejsca, w którym się znajdują. Daję sobie jednak głowę uciąć, że za 20,30, czy 40 lat, wszystkie te budynki będą przywracane do stanu oryginalnego, co nie będzie w pełni możliwe, przez szkody, jakie zostały wyrządzone podczas wprowadzania tego „nowoczesnego” stylu.

Co do pogłosek, jakoby wycieczki z Izraela miały uzbrojonych ochroniarzy (tak, taką teorię słyszałem), to w zupełności im zaprzeczam. Stałem może 2 metry od ambasadora Izraela w Polsce – był z nim tylko jeden ochroniarz, który nawet nie jestem pewien, czy miał pistolet. Patrzyłem, ale go jakoś nie widziałem.

Pracując tam jakiś czas miałem dostęp do miejsc, które normalnie nie są dostępne dla zwiedzających. Nie chcę jednak publikować niektórych zdjęć, które tam robiłem. Reszta, nie tylko z samego obozu, przedstawiona poniżej.

 

Kiciak

Wiosenny maj 2013

Ciężko w dzisiejszych czasach złapać prawdziwie błękitne niebo, które nie byłoby pokryte chmurami, smugami kondensacyjnymi i innego rodzaju mgiełkami. Trudno jest jednak powiedzieć, że zachmurzone niebo nie ma swojego uroku. Dziwne układy i ich kombinacje sprawiają, że czasem możemy w nich zobaczyć różne kształty a nawet postacie. Są to idealne przykłady pareidolii. Z resztą określenie chmur na niebie „barankami” nie wzięło się chyba bez powodu, nieprawdaż?

 

maus_01

Panzerkampfwagen VIII Maus

Tygrys Królewski nie był największym niemieckim czołgiem stworzonym przez nazistowski przemysł. Wiele bezcennego czasu i materiału było marnowane na produkcję prototypów superciężkich czołgów o gigantycznych rozmiarach. Doktor Ferdinand Porsche był siłą napędową stojącą za pierwszym z tego typu pojazdów – 188-tonowym Mausem (myszką), podczas gdy drugi projekt, ważący 144 tony E-100, był wspierany przez Heereswaffenamt jako projekt konkurencyjny. Projekt Porsche został zatwierdzony przez Hitlera, podczas gdy żaden z jego innych projektów nie został wyznaczony do produkcji przez Heereswaffenamt. Robiąc to, Hitler mógł wynagrodzić Porsche jego wcześniejsze wpadki i jednocześnie trzymać go z dala od innych prac.
Wieża pojazdu posiadała zaokrąglony przód, wykonany z jednej wygiętej stalowej płyty o grubości 93 milimetrów. Uzbrojeniem było działo kalibru 128 mm lub 150 mm i dodatkowe działo 75-milimetrowe, zamontowane w jednej osi co działo podstawowe.

Prototyp Mausa z prowizoryczną wieżą

Prototyp Mausa z prowizoryczną wieżą

Pierwsze wieże o wadze 50 ton nie były ukończone aż do roku 1944, przez co dwa prototypy musiały brać udział w próbach podczas zimy 1943/44 w strefie testowej Kruppa w Meppen z prowizorycznymi wieżami. Dwa dodatkowe kadłuby były konstruowane w ostatnich miesiącach trwania wojny, lecz w kwietniu 1944, Hitler osobiście nakazał zaprzestania prac nad superciężkimi czołgami na rzecz produkcji sprawdzonych maszyn jak Pantera czy Tygrys Królewski. Większość prototypów Mausa została wysadzona w powietrze w ostatnich tygodniach wojny, jako że Rosjanie zaczęli zbliżać się do fabryki, w której były one produkowane. Jednakże działa, wieże i kadłuby, porzucone i częściowo zniszczone zostały znalezione przez aliancki wywiad. Niektóre źródła podają, że dwie eksperymentalne wersje Mausa zostały wysłane na front w ostatnich dniach wojny – jeden przed siedzibę niemieckiego Naczelnego Dowództwa Wojsk Lądowych (Oberkommando des Heeres) w Zossen, drugi zaś w pobliże Kummersdorfu.

Jednymi z najbardziej kontrowersyjnych czołgów podczas francuskiej inwazji aliantów były czołgi ciężkie – 50-tonowy amerykański Pershing, oraz niemieckie, 62-tonowy  Tygrys i 75-tonowy Tygrys Królewski. Czy były one warte swojej wagi? Czy mogły zyskać – na ochronie i sile ognia – tak dużo, jak poświęciły to kosztem mobilności? Adolf Hitler właśnie tak uważał. Po głowie chodził mu czołg ciężki, przy którym nawet Tygrys Królewski byłby niczym. Nazwany Myszką, ten potwór o wątpliwej wartości militarnej,w zamiarze miał ważyć aż 207 ton w pełnym uzbrojeniu i z załadowaną amunicją. Dwa prototypy zostały skonstruowane, jednak nie wyposażono ich w uzbrojenie.

Jeden z prototypów Mausa

Jeden z prototypów Mausa

Maus był wspaniałym pojazdem o spektakularnych statystykach. Przednia, górna pochylona płyta pancerza, miała w przybliżeniu 200 milimetrów grubości. Kąt pochylenia tej płyty wynoszący 35 stopni sprawiał, że praktyczna grubość pancerza w tym miejscu wynosiła 35,5 cm. Boki miały grubość 180 mm, z tyłem chronionym przez płyty o grubości 160 mm. Przód wieży to 240 mm, podczas gdy boki i tył wieży o grubości 200 milimetrów były nachylone pod kątem 30 stopni, co dawało praktyczną grubość pancerza rzędu 23 centymetrów.

UZBROJENIE

Już na starcie zrezygnowano z głównego działa jakim miałoby być kalibru 88 milimetrów. W jego miejsce wybrano potężne 128-milimetrowe działo przeciwpancerne, które później zostało zastąpione działem 150-milimetrowym o długości 38 kalibrów (standardowa niemiecka haubica 15 cm s.F.H. 18 miała tylko 29.5 kalibra długości). Zamiast karabinu maszynowego kalibru 7.9 mm zdecydowano się zamontować 75-milimetrowe działko o długości 76 kalibrów tuż obok działa głównego. Dodatkowo na szczycie wieży miało zostać zamontowane przeciwlotnicze działko maszynowe, oraz wyrzutnik granatów dymnych.

Wieża wraz z zamontowanymi działami

Wieża wraz z zamontowanymi działami

 

Maus był znacznie większy, niż jakikolwiek wyprodukowany niemiecki czołg. Chociaż był dwukrotnie dłuższy od Tygrysa Królewskiego, to musiał zachować szerokość 3 metrów i 67 centymetrów, aby móc bez przeszkód być transportowanym koleją. Wysokość tego pojazdu jednak sprawiała, że był on dosyć dobrym celem dla wrogich maszyn a przede wszystkim, był łatwym łupem sił powietrznych.

Nacisk takiego 188-tonowego kolosa na grunt pod nim był ogromny, więc aby zmniejszyć go i zapobiec zapadnięciu się pojazdu pod własnym ciężarem i pozwolić na w miarę dobre sterowanie, zastosowane gąsienice musiały być bardzo szerokie. Obie miały po 110 centymetrów szerokości i sięgały ponad połowę wysokości całego pojazdu, przez co Maus prezentował się bardzo dziwnie, czy to z przodu, czy patrząc na niego od tyłu. Z tak szerokimi gąsienicami i długimi (bo stykały się z ziemią na długości 5 metrów i 88 centymetrów), Maus zachował nacisk około 20 funtów na cal kwadratowy, czyli niemal dwukrotnie większy niż Tygrys.

Rozmiar i waga Mausa spowodowały konieczność stworzenia ekstremalnie szerokich gąsienic w stosunku do długości kadłuba. Przekrój ten pokazuje połowę systemu chłodzenia silnika (na pewo) i tył prawego zbiornika z paliwem, ze zbiornikiem oleju tuż na lewo od niego.

Rozmiar i waga Mausa spowodowały konieczność stworzenia ekstremalnie szerokich gąsienic w stosunku do długości kadłuba. Przekrój ten pokazuje połowę systemu chłodzenia silnika (na pewo) i tył prawego zbiornika z paliwem, ze zbiornikiem oleju tuż na lewo od niego.

JEDNOSTKA ZASILAJĄCA

Zaprojektowanie silnika wystarczająco mocnego, by napędzić potężnego kolosa było poważnym problemem. Niemniej jednak Niemcy spróbowali swoich sił z dwoma silnikami. Oba miały w granicach 1200 koni mechanicznych i wyciągały co najwyżej od 16 do 19 km/h, ale z ich pomocą, Maus był w stanie pokonać czterometrowy rów i przejechać przez przeszkody nie wyższe niż 71 centymetrów.

Jakiekolwiek Maus mógł mieć możliwości, dał on projektantom wolną rękę do zamontowania w nowym pojeździe rzeczy, które zawsze chcieli dodać. Jednym z takich gadżetów była pomocnicza jednostka zasilania. Pozwalała ona na zwiększenie ciśnienia w przedziale dla załogi, co oznaczało lepszą szczelność podczas zanurzenia w wodzie i dobrą ochronę przeciwgazową. Dodatkowo za pomocą tego urządzenia, można było ogrzać wnętrze pojazdu a także służyło ono jako ładowarka baterii.

Kolejnym „bajerem” był sprzęt, który pozwalał na zanurzenie się pojazdu w wodzie na głębokość do 13,5 metra. Była to konieczność, gdyż czołg o masie ponad 200 ton nie byłby w stanie pokonać żadnego mostu. Poza zapieczętowaniem włazów i otworów wentylacyjnych za pomocą zwiększenia ciśnienia, zanurzenie na taką głębokość było możliwe przez zainstalowanie gigantycznego cylindrycznego komina, na tyle dużego, by w razie awarii posłużył on jako wyjście ewakuacyjne dla uwięzionej we wnętrzu pojazdu załogi. Założeniem projektantów było pokonywanie rzek przez parę czołgów, gdzie jeden napędzał elektryczną przekładnię drugiego pojazdu poprzez kabel.

Elektryczna przekładnia sama w sobie była inżynieryjnym eksperymentem. Pierwszy tego typu element został użyty w wielkim niszczycielu czołgów Elefancie w 1943 roku i był uważany przez większość niemieckich projektantów, za najlepszy rodzaj przekładni dla czołgów ciężkich.

Kolejnym interesującym ulepszeniem Mausa z inżynieryjnego punktu widzenia był powrót z drążków skrętnych zawieszenia używanych w Pz. Kpfw. III,  Panterze, Tygrysie i Tygrysie Królewskim do resorów. Ulepszone drążki skrętne były rozważane jako alternatywa dla Mausa, jednak pomysł ten został ostatecznie porzucony.

DLACZEGO MYSZKA?

Wady związane z tak wielkim czołgiem są równie wielkie co on sam. Waga nie tylko nie pozwalała na przekroczenie praktycznie żadnego mostu, ale również utrudniała transport koleją, co było możliwe jedynie po uprzednim wzmocnieniu mostów, przepustów i innych słabych punktów.

Możliwość zanurzenia się na prawie 14 metrów rozwiązałaby wiele problemów z przekraczaniem Europy, jednak praktycznie Maus był w stanie zanurzyć się nie głębiej niż na 8 metrów.

Maus w muzeum czołgów w Kubince

Maus w muzeum czołgów w Kubince

Chociaż załoga znajdowała się w ruchomej fortecy, to była ona jednak tak ślepa jak załoga każdego innego czołgu. Na domiar złego niewielka prędkość połączona z wysoką sylwetką pojazdu sprawiała, że pojazd ten byłby najbardziej narażony na uderzenia.

Niemieckie 128-milimetrowe działo Pak 44 (znane także w zmodyfikowanej formie jako 12.8 cm Pak 80) miało być zdolne do przebicia 17,7 cm płyty pancerza z odległości 1828 metrów. Działo to było produkowane w 1945 roku podczas gdy Maus nie był jeszcze w fazie produkcji, więc wydawało się, że inżynierowie znaleźli odpowiednie uzbrojenie dla niegotowych jaszcze superciężkich czołgów.

Dlaczego Niemcy starali się stworzyć tak monstrualny pojazd jest pytaniem, na które odpowiedzieć mogą polityczni i propagandowi eksperci. Sam pojazd miał ograniczone możliwości bojowe i nie nadawał się do kluczowych operacji militarnych. Naziści jednak nie tylko zmarnowali czas inżynierów i zasoby produkcyjne, aby stworzyć dwa prototypy, ale nawet posunęli się tak daleko, że skonstruowali specjalny płaski pojazd do przewozu kolejowego Mausa.

Wydaje się, że to czynnik psychologiczny odegrał kluczową rolę w potrzebie skonstruowania tak wielkiego czołgu jakim był Panzerkampfwagen VIII Maus. Niemiecka armia nigdy nie potrzebowała takiego pojazdu, zwłaszcza w 1942 roku, gdy cały projekt został zainicjowany. Z drugiej strony, zastosowanie takiego pojazdu w bitwie spowodowałoby zapełnienie nagłówków gazet, zarówno w alianckich jak i niemieckich gazetach. Niemniej jednak niezależnie od tego, jaka byłaby reakcja ludu, było wysoce dyskusyjne, czy Maus mógłby wywołać jakikolwiek efekt psychologiczny na Rosjanach, Brytyjczykach i Amerykanach, chyba, że Niemcy okazaliby swoją potęgę, co chociażby stało się w 1940 roku, na Linii Maginota. Tak czy siak, w 1944/45 roku Maus byłby zbyt łatwym celem dla alianckich dział i samolotów i zostałby prawdopodobnie zniszczony jako jeden z pierwszych na polu bitwy.

Dane techniczne:

  • Waga: 188 ton
  • Załoga: 6 osób
  • Silnik: Daimler-Benz MB 509 / 12-cylindrowy / 1080 KM (V1)
    Daimler- Benz MB 517 Diesel / 12-cylindrowy / 1200 KM (V2)
  • Zbiornik z paliwem: 2650 – 2700 litrów + 1500 litrów w zbiorniku rezerwowym
  • Prędkość: 13 – 20 km/h
  • Zasięg: Na drodze – 160 – 190 km
    w terenie – 62 km
  • Długość: 10.09 m
  • Szerokość: 3.67 m
  • Wysokość: 3.63 m
  • Uzbrojenie: 128 mm KwK 44 L/55
    75 mm KwK 44 L/36.5
    7.92 mm MG34
  • Amunicja: 128 mm – 55-68 pocisków
    75mm – 200 pocisków
  • Pancerz (grubość mm/kąt nachylenia):
    Dach wieży: 60/90
    Jarzmo działa: 250/zaokrąglone
    Przód wieży: 220-240/zaokrąglony
    Dach nadbudówki: 50-100/9
    Przednia pochyła płyta: 200/55
    Przedni kadłub: 200/35
    Boki wieży: 200/30
    Górny bok kadłuba: 180/0
    Dolny bok kadłuba: 100+80/0
    Tył wieży: 200/15
    Górny, tylni pancerz kadłuba: 150/37
    Górny, tylni pancerz kadłuba: 150/30

Tłumaczenie i opracowanie – Scoobany

Krótka uwaga. Większość jednostek przeliczałem z cali, yardów, stóp na centymetry i metry, więc mogą pojawić się zbieżności w granicach części jednostek.
Znaczna część tekstu to przetłumaczony artykuł z pierwszego źródła, z lekką pomocą hasła z Wikipedii.

źródła:

  1. http://strangevehicles.greyfalcon.us/PANZERKAMPFWAGEN%20VIII%20MAUS.htm
  2. http://pl.wikipedia.org/wiki/Panzerkampfwagen_VIII_Maus
IMG_0294 kopia

Wiosna – Kwiecień 2013 (2)

Jako totalny fotograf amator często zastanawiam się jak uchwycić dany przedmiot, daną scenerię w sposób jak najmniej oczywisty i taki, który ukaże jak najwięcej uroku i piękna. Poniekąd prawdą jest, że sprzęt dużo pomaga, jednak sądzę, że w większości to umiejętne uchwycenie chwili jest kluczem do sukcesu. Ciągle się staram, próbuję, uczę się.

Na koniec mały bonus, który zupełnie mnie zaskoczył. Siedząc na kamieniu na brzegu rzeki usłyszałem głośny plusk i moim oczom ukazała się sarenka, która wskoczyła do wody, aby przepłynąć na drugi Brzeg. Niestety gdzieś mi umknęła i nie zdążyłem nic więcej z nią nagrać.

YouTube Preview Image

Ja fotografujący

Wiosna – Kwiecień 2013

Po wielu miesiącach mrozu, zimna i nieurodzaju przyszedł czas wypuszczania zielonych listków, pędów i kwiatów. Pierwszy prawdziwy dzień wiosny okraszony niebotycznie wysoką temperaturą okazał się być pierwszym moim „wypadem” z aparatem w ręku. Nie miałem jeszcze okazji wybrać się w jakieś ciekawe miejsce, więc standardowo połaziłem bo najbliższej mi okolicy, głównie skupiając się na okolicach rzeki, która tego dnia – pomimo iż trawy się jeszcze nie zazieleniły – miała wyjątkowy urok. Nic tylko czekać i czekać. W planach mam wyprawę do lasu, ale to już poczekam, aż zrobi się konkretnie zielono. Tymczasem kilka fotek z tego wydarzenia.